Patrycja Balicka

Kobieta, córka, matka, przyjaciółka i psychoterapeutka.
[Więcej >>>]

Skontaktuj się!

Przymus powtarzania to nieświadomy impuls, który może prowadzić do powtarzania sytuacji,
uczuć, myśli, bolesnych zdarzeń.

***

Przymus powtarzania

Wydaje się, że nie ma to sensu. Po co mielibyśmy powtarzać coś co nas boli, nie satysfakcjonuje. A jednak tak się dzieje. Ileż to razy słyszymy takie na przykład zdania: Wciąż trafiam na takich samych facetów, Kobiety, które spotykam są zimne, Ludzie mnie wciąż wykorzystują itd. Nancy MCWilliams w swojej książce „Diagnoza psychoanalityczna” ujęła to tak:

„Życie jest niesprawiedliwe – ci, którzy cierpią najwięcej w dzieciństwie, na ogół cierpią najwięcej jako dorośli i to w okolicznościach zadziwiająco przypominających scenariusze z dzieciństwa. Co więcej, obserwując sytuacje z życia dorosłego, można dojść do wniosku, że to cierpiący sam je wywołuje”.

No właśnie wyobraźmy sobie taką postać:

Kasia 35 lat, skarży się na lęki, opowiada o trudnych relacjach z rodzicami, ma bogate życie towarzyskie, jednak relacje z mężczyznami prowadzą ją do rozczarowań, cierpienia.  Chciałaby stworzyć relację z odpowiedzialnym, czułym mężczyzną. Jednak dzieje się tak, że ląduje z mężczyznami niedostępnymi w taki czy inny sposób, niestabilnymi emocjonalnie. Kiedy spotyka kogoś w „jej typie” otwierają się wrota piekieł. Z kolei relacja z mężczyzną, który jest stabilny emocjonalnie, spełnia jej oczekiwania jest przez nią torpedowana.

Wyglądać to może na pozbawione sensu, tak jakby bohaterka chciała cierpieć. Otóż nie, nie chce cierpieć. Tylko nie może wydostać się ze swojego błędnego koła powtarzanego schematu.

Jak to się dzieje?

Większość ludzi, używa wyrażenia „jest w moim typie”, kiedy opowiada o kimś kto ich przyciąga. Myślimy wtedy, o określonych cechach fizycznych, typie osobowości, który uznajemy za atrakcyjny.  I sądzimy, że to właśnie nas przyciąga ku drugiej osobie. To nie takie proste. To co decyduje o wyborze pewnego „typu” to podświadome rozpoznanie znajomych cech. Nieprzypadkowo często dorośli skrzywdzeni w jakiś sposób przez rodzica, wybierają partnera na jego podobieństwo. Na przykład mężczyzna, który miał niedostępną, krytyczną matkę będzie dążył do takiej relacji z kobietami. A gdy spotka kobietę odmienną od „swojego typu”, zrobi wszystko aby tę relację zniszczyć. Tak samo jak opisana powyżej bohaterka Kasia.

Dlaczego to sobie robimy?

Wygląda to na obłęd przecież. Tęsknota za domem, za tym aby w końcu dostać to czego nie otrzymaliśmy na wczesnych etapach życia utrudnia odróżnienie dorosłych potrzeb od dziecięcych doświadczeń. Jest to pociąg do kogoś, kto jakimiś cechami przypomina krzywdzącego rodzica. Przy czym, to podobieństwo wcale nie jest takie oczywiste na początku relacji. Ledwo dostrzegalne. Jednak nasz wewnętrzny radar, kierujący się skrzywdzeniem z dzieciństwa jest czuły. I jednocześnie jest to niedostępne dla naszej świadomości. I nie chodzi o to, że ktoś dąży do tego aby być zraniony i cierpieć.

Nie, właśnie chodzi o to, że nieświadome impulsy pchają nas w tę otchłań z zamiarem: tym razem się uda, tym razem dostanę to czego potrzebowałam/em. Próbujemy poradzić sobie w sytuacji, która przypomina tę kiedy byliśmy bezradni. Próbujemy domknąć starą nie zakończoną dla nas sytuację. Może teraz uda mi się i zaleczę stare rany z kimś kto przypomina krzywdziciela, ale jest kimś nowym. Nie jest to możliwe. A wybranie partnera o cechach przypominających kogoś kto nas skrzywdził w przeszłości przyniesie odwrotny efekt, otworzy stare rany, i sprawi że poczujemy się jeszcze mniej wartościowi.

Proces ten dzieje się poza naszą świadomością. Opisana Kasia przecież chce znaleźć czułego, opiekuńczego partnera, tyle że gdy takiego spotyka zrobi wszystko aby tę relację zniszczyć. A ładuje się w relacje z niedostępnymi emocjonalnie mężczyznami.

Psychoterapeuta Terry Real opisał rutynowe zachowania ludzi jako „zintegrowaną rodzinę pochodzenia”. Ludzie nie muszą opowiadać swoich historii za pomocą słów, ponieważ zawsze je odgrywają na swojej scenie życia.

I co z tym zrobić?

Odkryć, uświadomić sobie, przepracować. Kasia z opowiadania ma do przepracowania skomplikowane uczucia do rodziców. Przepracowanie ich może ją otworzyć na inny typ mężczyzn. Do tego czasu, ilekroć spotka kogoś dostępnego emocjonalnie, gotowego odwzajemnić miłość, jej podświadomość go odrzuci jako mało interesującego. Kasia z dużą dozą prawdopodobieństwa bycie kochaną  utożsamia z poczuciem wewnętrznego niepokoju, zamiast ze spokojem i radością. I tak to się toczy. Mężczyzna niedostępny, którego spotka, ma z kolei swój schemat i tak może to prowadzić do spektakularnej katastrofy.

Schemat jaki by nie był to schemat, a każdy człowiek ma w sobie potencjał do tego, aby realizować w pełni siebie i nie krzywdzić siebie. Odkrycie schematu, bolesnej drogi postępowania, gdzie odtwarzamy stare traumy jest krokiem do wejścia na drogę zmiany ku lepszemu. A zrobić to można z miłości i szacunku do siebie. I pamiętajmy, że każdy człowiek, który staje na naszej drodze jest naszym nauczycielem, nawet jeśli lekcja jest bolesna.

Jestem wdzięczna za każdą moją lekcję, za każdego Nauczyciela który stanął na mojej drodze. Nie zawsze to łatwe, zwłaszcza jak boli. Wyznaję za jednym z praw duchowych indyjskich „Każda osoba, którą spotykasz w życiu, jest osobą właściwą”. A jeśli lekcja jest bolesna? No cóż, widocznie miała nauczyć mnie czegoś, poprowadzić dalej…

***

A gdybyśmy nie pokochali nigdy
Zgubili, spóźnili się?
Byliby z nas ludzie zupełnie inni.
A czy szczęśliwi, kto wie?

A.M.Jopek

Zranione serce Narcyza

Patrycja Balicka25 sierpnia 2020Komentarze (0)

„Wprzód będę żebrał chleba w ostatniej potrzebie, niźli pokocham ciebie”.

                                                                                                        Owidiusz

 

Mityczny Narcyz jest  ofiarą. Tak jak osoby, które go kochają.  Opowieść Owidiusza o Narcyzie pokazuje to. Niezwykłej urody młodzieniec wzbudza pożądanie wielu dziewcząt, ale nie jest w stanie odwzajemnić ich uczuć, bo nie potrafi kochać. Jedna z nich, nimfa Echo, z rozpaczy niknie, aż zostaje po niej tylko głos. Bogowie swoim wyrokiem skazali Narcyza na miłość niespełnioną – zakochuje się w swoim odbiciu w wodach Styksu, a nie mogąc go dosięgnąć, umiera z tęsknoty.

Narcyz wcale nie kocha siebie

Narcyzm ma wiele postaci i może ujawniać się z różnym natężeniem. Istotą narcyzmu jest przekonanie o własnej wyjątkowości, przesadne a zarazem chwiejne poczucie własnej wartości, odnoszenie wszystkiego do siebie. Dlatego osoba narcystyczna domaga się podziwu i stara się udowodnić innym jak jest wspaniała. Inni ludzie są lustrem dla osoby narcystycznej.  Narcyzm nie jest jednak bezwarunkowym zachwytem nad sobą. Ten zachwyt podszyty jest niepewnością.

Osoba narcystyczna choć demonstruje swoją wyjątkowość i nadzwyczajne cnoty, zarazem wie (albo się domyśla), że nie do końca jest to prawda. I tak o ile osoba z wysoką samooceną myśli o sobie pozytywnie, to osoba z narcystyczną samooceną usilnie pragnie o sobie dobrze myśleć. Pragnienie to powoduje, że taka osoba musi wciąż udowadniać swoją wartość, w każdej niemal dziedzinie. W efekcie jej samoocena rośnie i rośnie, jak wciąż nadmuchiwany balon. Staje się nadmiernie wysoka. A zarazem chwiejna i krucha. Toczy się błędne koło. W miarę  powtarzania swych zachowań osoba narcystyczna staje się coraz bardziej narcystyczna. Lecz nadmiernie nadmuchany balonik w każdej chwili może przecież pęknąć. Z tego powodu narcyz nieustannie poszukuje dowodów świadczących o swojej wartości. Nigdy jednak nie może poczuć całkowitej pewności w tym zakresie, gdyż rezultaty starań, porównań bywają zmienne. Środowisko może nie docenić lub w ogóle nie zauważyć osiągnięć. Albo pojawi się ktoś lepszy.

Stąd osoba narcystyczna kieruje uwagę na to, aby osiągnięcia i sukcesy były widoczne i powszechnie znane. Duże znaczenie mogą nabrać też zewnętrzne oznaki wartości: pieniądze, władza czy status społeczny. Dzięki temu przegląda się w społecznym lustrze podziwu i akceptacji, i potwierdza znaczenie swych osiągnięć.

Kto ulega urokowi narcyza?

Nie ma na to jednej odpowiedzi. Jednak najczęściej w relację z osobą narcystyczną wchodzą osoby, które mają naruszone poczucie własnej wartości, i które poszukują u innych bezpieczeństwa i wsparcia. Dodatkowo często mogą to być tzw. osoby nadwydajne mentalnie, wrażliwe, które okażą się czułą publicznością dla narcyza.

Problem w tym, że narcyz swym wizerunkiem obiecuje to, czego dać nie może i nie chce. Jego autorytet i siła są pozorne, bo zbudowane na kruchych fundamentach. Tę słabość obnażają sytuacje porażki i bycia niedocenionym. Także pozorne, bo rozpatrywane z punktu widzenia narcyza. Wystarczy, że narcyz nie odniesie spodziewanego sukcesu lub nie zyska oczekiwanego podziwu, a jego samoocena zostaje zachwiana. A narcyz odreagowuje to zazwyczaj na otoczeniu. Na jakiekolwiek przejawy niedocenienia reaguje silnie urazą i złością. I wcale tej złości nie musi okazywać wprost. Niekiedy przeradza się to we wściekłość i agresję skierowaną na tych, którzy w jego odczuciu stali się przyczyną jego cierpienia. Obraża się, lub ukrywa cierpienie, złość za fasadą lodowatej obojętności, ucina, zrywa kontakt. Krytykę, lub nawet jej cień, niezadowolenie ze strony partnera odbiera jako obelgę i atak, gdyż uderza ona w jego kruche i usilnie chronione poczucie własnej wartości. Biada wtedy temu, kto go kocha.

A co się dzieje, gdy partner zaczyna się buntować? W takiej sytuacji narcyz czuje silne rozczarowanie i złość na partnera. Potrafi wtedy na przykład dystansować się od partnera, próbować go dotknąć.

Narcyz stara się zachować niezależność, aby móc kontrolować innych i wpływać na nich. Bliskość może obnażyć jego słabości i uzależnić emocjonalnie od partnera. Tego narcyzi starają się za wszelką cenę uniknąć, dlatego też tak naprawdę nie są zainteresowani tworzeniem prawdziwie bliskich związków.

A ja jaka/jaki jestem?

Tendencje narcystyczne zwykle widzimy u innych. Trudno jest przyjąć, że czasami też tak reagujemy. Szczególnie po niepowodzeniu, gdy zagrożona jest nasza ocena. Jednak problem zaczyna się wtedy, kiedy takie zachowania dominują w naszym życiu.

Jak tworzy się zranione serce?

Przewlekły stres to warunek niesprzyjający ludzkiemu sercu. Utrzymuje się wtedy wysoki poziom adrenaliny i kortyzolu. Hormony te, konieczne w sytuacji ucieczki i ratowania życia utrzymując się przewlekle, niszczą życie. Serce, które jest w stanie przewlekłego stresu, a takim jest brak akceptacji, nie ma przestrzeni na swobodne istnienie. Tworzy się serce zranione, powstaje rana narcystyczna. Do miłości ludzkie serce lgnie, przywiera. Serce bije tak samo szybko, w sytuacji zakochania jak i w sytuacji stresu i napięcia, wynikającego z prób spełniania oczekiwań, jednak jest to inne bicie. W stanie zakochania jest miękkie, spontaniczne, płynne, w stanie zagrożenia jest sztywne, napięte i nierówne.

Serce jest połączone z każdą komórką ciała. Pomiędzy sercem, a każdym nawet najmniejszym zakamarkiem ciała, biegnie system naczyń krwionośnych. Serce to jedyny organ w ciele człowieka, który porusza się tak żywiołowo. Jest jak dziecko, kiedy ma swobodę, przestrzeń i spokój bije równo i radośnie. Gdy środowisko jest niesprzyjające, zaczyna uciekać. Serce działa według zasady wszystko, albo nic. Wali wtedy, ucieka, biegnie, gniecie.

Zranienie narcystyczne może wydarzyć się w różnych okresach życia. Jednak najczęściej, ta największa, najgłębsza rana na sercu dotyczy niedostatku od matki, braku przyjęcia z miłością, akceptacją. To na przykład taka sytuacja, kiedy z przyjściem dziecka na świat wiążą się ogromne oczekiwania. Narcyza na początku życia lub w innym ważnym momencie mógł spotkać brak miłości, niesprzyjające warunki, wrogość odrzucenie. Rodzi się, i jego bycie na tym świecie nie przebiega w atmosferze akceptacji, lecz w atmosferze oczekiwań. Dziecko odbija się w oczach matki jak w lustrze, tyle że matka nie widzi tego dziecka, a widzi kogoś innego, większego. Widzi siebie, albo jakiś swój aspekt. Wtedy dziecko zamiast zobaczyć siebie, zostaje uwięzione w złudzeniu, które podtrzymuje, czasem do końca życia, nigdy nie poznając prawdy o sobie. Narcyz biegnie zdyszany za zjawą, a jego serce pracuje szybko i sztywno.

Czy obdarowany miłością narcyz przyjmie ją?

Osoba narcystyczna z raną w sercu może źle reagować na entuzjastyczne przyjęcie przez drugą osobę. Narcyz może pomyśleć wtedy – znów ktoś czegoś ode mnie chce. Narcyzm polega w jakiś sposób na utracie nadziei na miłość, bliskość jest odległa, zagrażająca. Przekonanie tkwiące w głębi serca takiej osoby to zdanie: „nie zasługuję na miłość, coś jest ze mną nie tak”. Narcyz może szukać miłości bezwarunkowej, takiej jakiej nie otrzymał od matki. I paradoksalnie, gdy ktoś szczerze i mocno pokocha narcyza, może być przez niego niszczony. Narcyz nie uwierzy w tę miłość, może zrobić wszystko by udowodnić, że zostanie odrzucony, tak jak kiedyś przez matkę.

Osoba narcystyczna będzie za wszelką cenę broniła się przed byciem zależnym. Uznanie przez narcyza wartość drugiej osoby i miłości do niej wywołuje agresję, lęk i ból. Zależność oznacza dla narcyza przeżywanie ogromnego wstydu i zawiści. To jest ten moment, kiedy mityczny Narcyz na błagania nimfy Echo, odpowiada: wprzód, będę żebrał chleba w ostatniej potrzebie, niźli pokocham ciebie”…

Czy ranę narcystyczną można uleczyć?

Aby wyzdrowieć, uleczyć ranę, musi być ona najpierw zauważona i uznana. Krokiem do zdrowienia, jest uznanie przez narcyza potrzeby pomocy od drugiego człowieka. Najczęściej bowiem na terapię trafiają bliscy narcyza. Jak mówi jedna z bardzo doświadczonych terapeutek Gestalt: „Wokół narcyza są zgliszcza”. Kiedy osoba narcystyczna zaczyna prawdziwie odczuwać ból, rozpacz nawet, rozpoczyna drogę powrotu do siebie. Jeśli narcyz uzna swą ranę. Pomóc może psychoterapia. I tak jak w przypadku każdej rany, najpierw trzeba ją opracować, wyciąć to co martwe, oczyścić, dać się jej wykrwawić. Wycięcie martwych tkanek to ostateczne pożegnanie się ze złudzeniem doskonałości, zobaczenie swojej fasady w jej realności. Jeśli narcyz zdecyduje się prawdziwie na terapię i będzie w niej pracował, wyjdzie z niej smutniejszy, iluzje znikną, ale może bardziej realny.

 

 

Wybaczam, tylko dla siebie
Wybaczam, tylko dla mojego własnego dobra
Wybaczam, wbrew temu, co będzie
Wybaczam, tylko dla siebie
Wybaczam, tylko dla mojego własnego dobra
Wybaczam, wbrew temu, co będzie
Wybaczam… wybaczam… wybaczam…

Perdono, Yasmin Levy

 

***

Czym jest wybaczenie?

A co to w ogóle jest wybaczenie i jak to poczuć? I najważniejsze jak to zrobić?  I czy wystarczy powiedzieć „wybaczam”? Wydaje się, że jest więcej pytań, niż odpowiedzi. Tak jest, kiedy trudno jest nam wybaczyć. Zwłaszcza wtedy, gdy dotyczy to bliskiej nam osoby. Bliskim, tym których kochamy, a skrzywdzili nas paradoksalnie wybaczyć jest najtrudniej.

Pierwsze co chciałam napisać, to że wybaczenie nie oznacza zapomnienia. To nie tak, że jak wybaczymy to znaczy, że mamy nie pamiętać tego co się stało. Wybaczenie to nie jest reset pamięci. Niektórzy tak próbują robić, ale to jest raczej wypieranie, a nie wybaczenie. Wypieram coś, nie chcę się z tym mierzyć, przyklepuję, „zmiatam pod dywan”, udaję że tego nie ma, ale tak naprawdę jest. Jest we mnie i obciąża, i wpływa na mnie, i na relacje z innymi i wcale niekoniecznie z tymi, którzy nas skrzywdzili.

Skąd wiedzieć, jak wybaczyć? Tak często słyszymy gdzieś wokół: no przestań, ale się zawzięłaś/zawziąłeś, wybacz. Sceny w filmach: on/ona już swoje wycierpiał/wycierpiała – wybacz. Super po prostu, weź i zrób, tak jak herbatę…Tak jakby wybaczenie było jakimś gestem, odklepaniem tego słowa. Otóż nie jest. Wszyscy mówią: „wybacz”, tylko mało kto potrafi wytłumaczyć, jak to się robi. Nie wystarczy powiedzieć wybaczam Ci, czy też pomyśleć, że wybaczyliśmy. Tak to się nie dzieje. Możemy to odklepać, tyle, że czuć nadal będziemy coś innego.

Ale jak to się dzieje?

Wybaczanie to proces. Czasem długi i trudny. Zależy też od rodzaju doznanej krzywdy. Trudno jest sobie często w ogóle wyobrazić, dlaczego mielibyśmy wybaczyć doznaną krzywdę. Zwłaszcza, gdy jeszcze boli, a w środku nas wszystko krzyczy.

Od czego zacząć? Od zrozumienia tego, że choć wydaje się, że robimy to głównie dla osoby, która nas skrzywdziła, prawda jest inna. Wybaczenie jest lekarstwem przede wszystkim dla nas samych. To nie jest łaska wobec kogoś innego. Kiedy nosimy tę krzywdę, i mówimy: nigdy ci tego nie wybaczę, sądzimy że to jest kara dla tej drugiej osoby. A niech ma, myślimy sobie. Nic bardziej mylnego. Trzymając to, najbardziej krzywdzimy siebie.  Trzymamy się czasem tego, aby „ukarać” kogoś. Ale czy naprawdę kogoś karzemy, czy raczej samych siebie? A co ze zmarłymi? Kiedy ktoś kto nas skrzywdził, i już nie żyje, a my trzymamy się swojej krzywdy. To kogo bardziej krzywdzimy, tę zmarłą osobę czy siebie? Otóż krzywdzimy wtedy siebie. Wytrwałość w postanowieniu ciągłego udowadniania drugiej osobie jaką sprawiła nam przykrość, krzywdzi nas samych. Łatwiej jest ruszyć, gdy już zrozumiemy, że trzymanie w sobie złości, bólu krzywdzi najbardziej nas.

Co nam daje wybaczenie?

Wybaczenie powoduje wyjście z poczucia bycia ofiarą, wyzwala od destrukcyjnych złych wspomnień i lęku, czasem nienawiści, pogardy, chęci zemsty. Pozwala zrobić miejsce w sercu na coś innego, lepszego, pozytywnego i umożliwia ruszenie na przód. Wybaczenie jest ściśle związane z poczuciem krzywdy. Osoby, które trwają w poczuciu krzywdy mogą doświadczać poczucia napięcia, odrzucenia, deprecjacji i złości. I to jest naturalne. Tyle, że to nas nie buduje, a przeciwnie rujnuje. Dlatego warto pomyśleć o tym, że wybaczam z miłości i szacunku do siebie. Wybaczam, bo dla siebie chcę jak najlepiej, wybaczam bo chcę czuć się lepiej, chcę żyć pełniej.

Nie jest to jednak takie  łatwe. Wybaczenie, nie oznacza po prostu powiedzenia na głos czy w duchu „wybaczam tobie”. Często myślimy, że wybaczyć oznacza nie złościć się już na kogoś, nie wyrzucać komuś błędów, zapomnieć. Wybaczenie to zupełnie coś innego – to zrozumienie, pogodzenie się z tym co się stało. Wybaczenie to może być proces trudny i złożony. Zależy od rodzaju krzywdy. Ale zawsze warto go podjąć. Zawsze. Ze względu właśnie na miłość i szacunek do siebie.

Co może w tym pomóc?

Przekonanie o własnej wartości, przeświadczenie o porządku i pozytywności ludzkiego świata, z pewnością mogą pomóc. Najprościej wybaczenie to chęć porzucenia odczuwania urazy, poczucia krzywdy, wobec osoby, która nas jakoś skrzywdziła. Także nasze zaangażowanie w relację, może spowodować, że spojrzymy na krzywdę z innej perspektywy.Spojrzenie z innej perspektywy na to co się wydarzyło, nie trzymanie się sztywno własnego punktu widzenia, jako jedynego właściwego.  Stabilność i dojrzałość emocjonalna również ułatwia wybaczenie.

Czasem może być konieczne także przepracowanie pewnych sytuacji, zdarzeń, odczuć na własnej psychoterapii, która może wspomóc poszerzenie świadomości, pomoże ustabilizować się emocjonalnie, dojrzeć i zobaczyć w pełni siebie. Już nie jako ofiarę.

Czy jednak są takie krzywdy, których nie da się wybaczyć?

To nie jest prawda obiektywna, dla każdego to może oznaczać coś innego. Są zdarzenia, traumy, o których mówimy, że są niewybaczalne. Jednakże to, czy coś „da się wybaczyć” jest sprawą indywidualną i zależy od osobistych doświadczeń, przekonań i możliwości.

Warto jednak pamiętać, także przy tych najtrudniejszych doświadczeniach, że wybaczenie nie oznacza zapomnienia. Celem wybaczenia jest zmiana nastawienia głównie do siebie, nie bycia już ofiarą, a nie usprawiedliwianie czynów innych osób. Mamy prawo pamiętać o tym co nas spotkało. I mamy też wybór, co my z tym zrobimy. Cierpienie jest powszechne. Ale bycie ofiarą to kwestia wyboru. Każdy z nas, nawet niewyobrażalnie skrzywdzony ma ten wybór. Już sama ta możliwość wyboru zmniejsza poczucie bycia ofiarą. To od nas zależy, czy zrobimy coś by złagodzić swoje cierpienie. Może było tak, że kiedyś nie mogliśmy nic zrobić kiedy nas skrzywdzono, ale teraz już możemy. To każdy z nas może wybrać i zrobić z tym coś dla siebie, z miłości i szacunku do siebie. Pozostajesz ofiarą, gdy skupiasz się na tym co jest poza tobą, próbując znaleźć winnego twojej sytuacji. Gdy wybierasz siebie, swoje dobro, zaczynasz wychodzić z tej roli.

Wybaczam, robię to z miłości i szacunku do siebie

Wybaczyć, to znaczy nadal odczuwać żal, o to co i jak mi się stało, o to co się nie wydarzyło i jednocześnie zrezygnować z myślenia i potrzeby o tym by przeszłość była inna. Pogodzić się z tym, że coś było takie a, nie inne i wybrać, że to nie zrujnuje mi życia, nie będzie rujnować i zatruwać mnie. Czasem rana jest wielka. Wyleczenie to czasem nawet nie zabliźnienie, ale akceptacja rany, pogodzenie się z tym, że żyję z raną i kocham siebie z tą raną. Wybaczenie wyzwala. Jest warte nawet ciężkiej pracy nad sobą.

Moje serce wie, ono mówi mi…

***

„Co najlepiej charakteryzuje gatunek ludzki, spytała mnie kiedyś Karla, okrucieństwo czy zdolność odczuwania za nie wstydu? Wtedy to pytanie wydało mi się dojmująco inteligentne, ale teraz jestem samotniejszy i mądrzejszy i wiem, że ludzkiego gatunku nie charakteryzuje ani okrucieństwo, ani wstyd. To przebaczenie czyni nas tym, czym jesteśmy. Bez przebaczenia nasz gatunek doprowadziłby się do zagłady podczas niekończących się aktów zemsty. Bez przebaczenia nie byłoby historii. Bez przebaczenia nie byłoby sztuki, bo każde jej dzieło jest w jakiś sposób dziełem wybaczenia. Bez tego marzenia nie byłoby miłości, bo każdy akt miłości jest w pewien sposób obietnicą wybaczenia. Żyjemy, bo możemy kochać, a kochamy, bo potrafimy wybaczać.”

Gregory David Roberts – Shantaram

Dołączam na koniec piosenkę Yasmin Levy, od której zaczęłam.

 

A ja wolę Moją Mamę

Patrycja Balicka25 maja 2020Komentarze (0)

„A ja wolę moją mamę
Co ma włosy jak atrament
Złote oczy jak mój miś
I płakała rano dziś”

Agnieszka Osiecka

***

Mimo, że jest wiele bardziej doniosłych utworów o matkach, to do mnie przychodzi ta właśnie piosenka Agnieszki Osieckiej. Zbliża się Dzień Matki i dzisiaj piszę trochę o mamach. Nie jest to wpis z tytułu porady jak ułożyć trudne relacje z matką.  Jest o własnej odpowiedzialności za siebie i swoje życie i o tym, aby spróbować spojrzeć na matkę nie tylko jak na rolę życiową, instytucję. Tylko tak, aby zobaczyć w matce człowieka z krwi i kości, kobietę, z jej historią, pragnieniami, marzeniami, ograniczeniami, bólem.

Jedna z ofert reklamowych firm na Dzień Matki zachęcała w ten sposób : „pokaż, że znasz ją jak nikt inny”. Pomyślałam sobie, no rzeczywiście. Tylko dziecko ma możliwość poznania własnej od matki od środka, tak dokładnie, namacalnie, całkowicie fizycznie. Spędzamy w ciele matki mniej więcej 9 miesięcy. Słyszymy wtedy każdy jej oddech, bicie serca, każdy bulgot żołądka, jesteśmy wtedy z nią non stop, w każdej sytuacji. Tak, tylko czy to później kiedy jesteśmy dorośli przekłada się na to, że chcemy własną matkę poznać naprawdę? Nie jako funkcję, nie jako rolę wobec nas, tylko jako człowieka?

Matka jest winna moich porażek?

Rzeczywiście jest tak, że kształtują nas w dzieciństwie pierwsze relacje z najważniejszymi osobami. I to niewątpliwie rzutuje na nasze wybory i zachowania w dorosłym życiu. Jak przychodzimy na świat, nie mamy możliwości wyboru rodziców, rodziny. I nie mamy także jako dzieci wyboru względem zachowań rodziców, opiekunów. Jednak to co zrobimy z tym co otrzymaliśmy, z naszym bagażem doświadczeń później, należy już do naszej odpowiedzialności. I o tym właśnie jest ten wpis.

Absolutnie nie piszę o bagatelizowaniu  wpływu relacji z matką, ani o tym, żeby twierdzić że wszystko jest dobrze w tej relacji jeśli tak nie jest. Piszę o tym, że jako dzieci nie mieliśmy wyboru, ale jako dorośli już mamy możliwość wyboru. I w dorosłym życiu to każdy z nas już odpowiada za to, co i jak zrobi z własnymi doświadczeniami.

Kiedy w życiu dorosłym szukamy winnych swoich niepowodzeń, złych relacji, kompleksów wyłącznie na zewnątrz zastygamy w miejscu. W ten sposób unikamy odpowiedzialności za zajęcie się własnym życiem. Przerzucenie na innych odpowiedzialności powoduje, że się nie rozwijamy i nie korzystamy w pełni z własnego potencjału. Jak skupiamy się na takiej narracji: a moja matka to, a moja matka tamto, tego mnie nie nauczyła itd., to co się naprawdę dzieje? Unikamy mówienia o sobie. Zamiast powiedzieć wtedy, ja zrobiłam tak i tak i nie wyszło to dobrze, zamieniamy i mówimy „bo matka to mnie nie nauczyła i teraz to …”. Mogło tak być, tylko pytanie: A co ja robię z tym teraz? Co ja robię ze swoim życiem, kiedy sam/a decyduję?

Częściej też chyba obwiniamy jednak matki, niż ojców. To poniekąd wynika z kultury. To matki jeszcze do niedawna częściej dłużej przebywały z dziećmi, opiekowały się nimi. I co z tego wynika? Matki mogą być winne wszystkiemu właściwie. Temu, że dziecko ma krzywe stopy- leniwa matka nie dopilnowała, temu że gorzej radzi sobie w szkole- matka nie pracuje z dzieckiem, jest nieśmiałe- no to matka nie dała dostatecznego wsparcia. Ile to razy słyszymy o jakimś mężczyźnie: no, ale go matka wychowała, no matka to go nie nauczyła niczego… No właśnie, tak jakby dzieci były tylko wytworem matek. Dla ojców jest więcej wyrozumiałości. Wobec matek jesteśmy surowi. Matka musi spełniać wysokie standardy.

Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że nie niesiemy bagażu doświadczeń, które nas ukształtowały. Tak niesiemy go. Ale to co my z nim zrobimy zależy już od nas.

Czy matkę można zmienić?

No nie, nie można. Staramy się je czasem zmieniać, upatrując w nich źródło naszych trudności. Ale nie tędy droga. To co możemy zrobić to zacząć od siebie. Wziąć odpowiedzialność za siebie, za własne życie, zachowania, emocje. Od matki byliśmy zależni tylko w pierwszym etapie życia. Tej podstawy, w takiej formie, ilości i postaci jaką dała matka, nie da się zmienić. I nie dostaniemy tego od innych, choćbyśmy nie wiem jak bardzo uporczywie szukali. Musimy się z tym pogodzić i iść dalej. Ponieważ to, że winę naszych życiowych porażek będziemy widzieć tylko w matce, nie zmieni w żaden sposób naszej sytuacji życiowej. Dopóki nie weźmiemy odpowiedzialności za siebie, nie ruszymy z miejsca.

Próba zrozumienia matki, poprzez popatrzenie na nią jak na kobietę z jej historią, tym co ją ukształtowało, czym dysponowała i co mogła i potrafiła nam ofiarować, może pomóc nam. Dajmy matce też prawo do wyjścia poza rolę matki. To może pozwolić na ujrzenie jej w pełni, jako człowieka, a nie jak rolę-matka. Czy często, albo w ogóle zadajemy własnej matce pytania o to co jest dla niej ważne, co ona czuje, czy była szczęśliwa, o czym marzy…

Spojrzenie na matkę z innej perspektywy, pozwoli też zrozumieć, że jesteśmy odrębni i oddzielić się od niej. Zobaczyć, tak było z moją matką, ale ze mną jest tak. I, że będąc dorosłymi sami jesteśmy odpowiedzialni za nasze życie i jesteśmy jego autorami. Ale najpierw musimy zająć się sobą. Nie zmianą zachowania matki, tylko siebie. Zmiana innych ludzi to syzyfowa praca. I tak naprawdę nie mamy prawa tego robić. To co możemy zrobić, to zająć się sobą. Niby banalne, a jednak nie. Stanie w prawdzie, że to ja jestem teraz autorem swojego życia i ja ponoszę za siebie odpowiedzialność i za to co robię z własnym życiem. Zwalając wszystko na matkę, pozostaniemy ciągle małymi skrzywdzonymi dziećmi. Nie dorośniemy.

A co wtedy kiedy naprawdę mieliśmy destrukcyjną matkę?

Nie można tego okresu wymazać. Można złagodzić jego skutki. Nie można osłodzić tej goryczy, wypełnić tego braku, ale można przebudować psychikę, umocnić ją, skierować na inne tory. Często wtedy towarzyszy takiej osobie strach, że nie da się uleczyć tego, co tak głęboko poranione, co nie było pielęgnowane, bo matka nie dała tego co najważniejsze. Rana może być duża, może przypominać poparzenie, ale nie jest śmiertelna.

W książce Clarissy Estes „Biegnąca z wilkami”, znalazłam kojącą historię. Autorka nawiązuje do siły w nas drzemiącej, tak jak siły przyrody. Nasz „duch” potrafi znaleźć zdumiewające źródła siły pomimo długiego życia w niedostatku.

„Kiedyś przesadzałam rząd bzów. Największy krzak z niewiadomej przyczyny obumarł, ale cała reszta wiosną obsypała się liliowym kwieciem. Martwe drzewo trzaskało i łamało się jak skorupka ziemnego orzeszka, kiedy je wykopywałam. Stwierdziłam, że jego system korzeniowy był powiązany z wszystkimi innymi żywymi krzakami bzu wzdłuż całego płotu. Co jeszcze bardziej wprawiło mnie w zdumienie, martwy krzak był „matką”. Miał najgrubsze i najstarsze korzenie. Wszystkie jej dzieci radziły sobie świetnie, mimo że ona sama, by tak rzec, była botas arribas, martwa jak głaz. Bzy rozmnażają się przez system odrostów korzeniowych, tak że każde młode drzewko wyrasta z macierzystego korzenia. W ten sposób, nawet jeśli matka ginie, to potomstwo przeżywa. Ten system daje nadzieję tym kobietom, które miały zbyt mało lub wcale nie miały opieki macierzyńskiej, a także tym, którym matka wyrządziła krzywdę. Nawet jeśli matka upada, ponosi klęskę, nawet jeśli nie ma już nic do zaoferowania, to potomstwo się rozwinie, urośnie i kiedyś rozkwitnie niezależnie od wszystkiego”.

***

Dla mnie ze wszystkiego w życiu, najlepsze jest Życie. A życie mam dzięki Mojej Mamie.

 „A ja wolę moją mamę
Co ma włosy jak atrament
Złote oczy jak mój miś
Może się uśmiechnie dziś.”

Kino w czasach izolacji

Patrycja Balicka14 maja 2020Komentarze (0)

Subiektywny wybór filmów z Docs Against Isolation

 

***

Festiwal filmów dokumentalnych Docs Against Gravity jest przeniesiony z maja na wrzesień tego roku. I oby odbył się we wrześniu. Jednak dla fanów tego festiwalu i nie tylko, jest niespodzianka w postaci Docs Against Isolation. Ucieszyłam się z tego bardzo. Staram się szukać, także w obecnej sytuacji pozytywów. I choć wolałabym być na festiwalu z moją przyjaciółką kinomanką, to doceniam, że mogę obejrzeć teraz filmy z poprzednich edycji festiwalu, że prezentacje filmów nie kolidują ze sobą, i że w ogóle festiwal jest! 🙂 W ramach tego wydarzenia jest dostępnych wiele filmów on line. Wydarzenie będzie trwać jeszcze tylko do 18 maja. Zebrałam się, aby wskazać kilka dokumentów, które zrobiły na mnie olbrzymie wrażenie. Może to będzie jakaś inspiracja dla kogoś na spędzenie kreatywne wolnego czasu. Pod moim opisem dołączam linki do filmów na portalu ninanteka.

A zatem moja shortlista

 

1. Kraina miodu

 

 

Dla mnie to film o sile życia. Akcja filmu rozgrywa się w Macedonii. Główną bohaterką filmu jest kobieta, która mieszka ze schorowaną matką, na odludziu. Nie mają prądu, dostępu do wody. Bohaterka utrzymuje się z produkcji miodu. Jednak prowadzonej naturalnie. Nie wykorzystuje do tego uli, sprzętów itp. I najważniejsze Ona nie wykorzystuje pszczół. Bierze tylko połowę miodu, połowę zostawia wytwórcom- pszczołom. Pewnego dnia w okolice sprowadza się wielodzietna rodzina, z delikatnie ujmując innym podejściem do przyrody, zwierząt, świata. I co z tego wyniknie, zobaczcie sami.

„Kraina miodu” zdobyła liczne nagrody. Film otrzymał również dwie nominacje do Oscara za 2019 r. w kategoriach Najlepszy Film Dokumentalny i Najlepszy Film Międzynarodowy.

https://ninateka.pl/film/kraina-miodu-ljubomir-stefanov-tamara-kotevska

2. Człowiek

 

 

Wybitny francuski fotograf i dokumentalista dociera do ponad 2 tysięcy rozmówców na całym świecie. Pyta ich o miłość i śmierć, o strach i wojnę o sens życia, o to kiedy czują się szczęśliwi. Odpowiadają mu m.in. pracownicy fizyczni w Bangladeszu, afgańscy uchodźcy czy amerykańscy skazańcy oczekujący na wyrok w celi śmierci. Reżyser pokazuje nam ważne wydarzenia z różnych perspektyw, np. izraelskiego mężczyzną, która stracił bliską osobę i palestyńskiego mężczyznę, który szuka sprawiedliwości. Człowiek to nie tylko poruszające historie. To przede wszystkim próba pokazania tego co nas wszystkich ludzi łączy, nieważne gdzie mieszkamy, czy jesteśmy bogaci czy biedni, czy biali, czy czarni. Dokument ten wyróżniają piękne zdjęcia. Piękne to za mało powiedziane. Po młodzieżowemu obecnie to byłoby : epickie 🙂

https://ninateka.pl/film/czlowiek-human-yann-arthus-bertrand

3. Stroiciel Himalajów

 

 

Czy 100 letnie pianino można zatargać z Londynu w Himalaje, do buddyjskiej wioski położonej na wysokości 4267 metrów nad poziomem morza????? Zobaczcie sami. Historia jest o tym, że ktoś podjął to wyzwanie. To 65 letni mężczyzna mieszkający w Londynie, który od 40 lat zajmuje się pianinami. To film o tym także, że muzyka jest uniwersalnym językiem, ponad narodami, podziałami, rasami. Więcej nie ma co pisać. Lepiej obejrzeć.

https://ninateka.pl/film/stroiciel-himalajow-piano-to-zanskar-michal-sulima

4. Człowiek delfin

 

 

Człowiek delfin to historia Jacques’a Mayola, jednego z najznakomitszych nurków w historii, wielokrotnego rekordzisty świata w nurkowaniu głębinowym. Ta historia zainspirowała Luca Bessona do stworzenia filmu Wielki Błękit. Poznajemy w  dokumencie wspaniałego nurka bliżej – jego niezwykłe życie, pasję, kontakt z naturą. Poznajemy także jego przyjaciół, dzieci, trudne kawałki z życia.  Bohater dochodził do ekstremalnych wyników wytrzymałości ciała ludzkiego. W filmie mamy okazję zobaczyć i zdjęcia archiwalne i współczesną fotografię podwodną w wykonaniu najlepszych na świecie nurków. To historia człowieka, ukazująca też cenę sukcesu. To co przebija z niej, to niesamowita więź bohatera z naturą, jakiś pierwotny instynkt, z którego potrafił korzystać. To dokument, który zadziwia, inspiruje, uczy, smuci, porusza.

https://ninateka.pl/film/czlowiek-delfin-lefteris-charitos

5. My Generation

 

Wciągająca opowieść o narodzinach brytyjskiej popkultury lat 60, pełna muzyki, ciekawych zdjęć, wywiadów. Opowiedziana z perspektywy młodego Micheala Caine’a, który jest narratorem. Historia pełna osobistych wspomnień, bezcennych anegdot, muzyki, energii swingującego Londynu i gwiazd tamtej epoki. Ale nie tylko. To także historia o klasowym społeczeństwie brytyjskim, o dojściu do głosu i własnej przestrzeni niższych warstw społecznych.

https://ninateka.pl/film/moje-pokolenie-david-batty

***

Czasu do zakończenia festiwalu w Internecie zostało już niewiele, dlatego nie zwlekajcie zbytnio. A ja życzę nam wszystkim spotkań na festiwalu, już nie w Internecie, we wrześniu 🙂

I ode mnie cytat z Myśliwskiego, który jest dobry na wszystko, no może prawie wszystko 🙂

„Czas jakby stanął w miejscu. A taki stojący czas długo może czekać. Według mnie przez człowieka przepływa kilka czasów jednocześnie, a każdy płynie swoją prędkością. Jeden niczym, rwący, górski potok, że nie da nam się nawet za siebie obejrzeć, aż trudno uwierzyć, że tak szybko, inny jakby płynął i nie płynął, wije się niczym przez rozległą równinę, stoimy na jego brzegu i wydaje się nam się, że i on przystanął, ale niechby na jego powierzchni pojawił się listek, a widzimy że płynie. Jest i taki czas, który płynie, jakby się wspinał pod górę, niekiedy przystaje, cofa się i broni, żeby nie upłynąć”.

Wiesław Myśliwski – Ostatnie rozdanie