Patrycja Balicka

Kobieta, córka, matka, przyjaciółka i psychoterapeutka.
[Więcej >>>]

Skontaktuj się!

Gdybym była mężczyzną

Patrycja Balicka02 listopada 2020Komentarze (0)

„Gdybym była facetem,

pisałabym różne biblie,

nie pozwalałabym wam znaleźć pracy.

Zadbałabym o to, żebyście nie umieli czytać i nie mogli głosować.

Zakazałabym wam aborcji,

a dziecko mielibyście tylko za moją zgodą.

I nie moglibyście się nim zajmować.

Nie moglibyście robić wielu rzeczy.

Tak bym postąpiła będąc facetem,

żeby mieć pod kontrolą to,

co silniejsze ode mnie i czego nie rozumiem”.

Film Woman, Francja, 2019

 

***

Wspominałam już o tym filmie w innym moim wpisie. Dokument ten ukazuje prawdziwe oblicza kobiet, ich pragnienia i oczekiwania względem innych ludzi. Kim jest kobieta? Jakie są jej marzenia i nadzieje, a także największe lęki i blizny? Czego oczekuje od życia, społeczeństwa i mężczyzn? 2000 kobiet z 50 różnych krajów świata dzieli się przed kamerą swoimi historiami i opowiada o własnych doświadczeniach: od tych najbardziej intymnych aż po kulturowe. Dotykają przy tym szerokiej gamy problemów: seksualności, małżeństwa, macierzyństwa, przemocy domowej, gwałtu, wolności, zniewolenia, niezależności finansowej, wizerunku ciała, starości, miłości, złości i mądrości. Pomimo przeciwności losu, a czasami tragedii, jakie przeszły, wszystkie wyglądają promiennie, ponieważ w końcu mają szansę wyrazić siebie.  Niezależnie od tego skąd pochodzą i ile mają lat, ich doświadczenia rezonują ze sobą, nabierając uniwersalnego znaczenia. W ten sposób powstaje intymny i emocjonalny portret kobiet, które stanowią połowę ludzkości na Ziemi, a mimo to nadal poddawane są przemocy i niesprawiedliwości.

Nie będę pisała dalej o tym filmie. Poniżej zacytuję kilka wypowiedzi bohaterek. Do namysłu, dla kobiet i mężczyzn.

„Najważniejsze co zrobiłam w życiu to spotkanie z publicznością i powiedzenie: „Przetrwałam przemoc seksualną i handel żywym towarem”. A przecież pokonałam góry. Przebiegłam pustynię. Pobiłam rekord Guinessa w kategorii najdłuższy triatlon. 193 km wpław, 4719 km na rowerze i 1184 km pieszo. Ale nigdy w życiu nie bałam się bardziej niż przed tym pierwszym wystąpieniem. Wypowiedziałam pierwsze słowa i chciałam je cofnąć. Umierałam ze strachu. Ale wytrzymałam. Stałam się przez to lepsza i silniejsza. Chciałam zerwać zasłonę milczenia. Bo wiem, że to wszystko było możliwe wyłącznie dzięki tej ciszy. To w niej rozkwita przemoc. Kiedy jest zamilczana. Ludzie mówią, że ofiary nie mają głosu. Mamy! Tyle, że się nas nie słucha. Jesteśmy wyciszane”.

„Kobiety nie są słabe. Wprost przeciwnie. A ludzie myślą, że są słabe, bo to nie mężczyźni”.

„Jesteśmy silne dzięki swojej biologii, bo co miesiąc krwawimy. Bo chodzimy w ciąży, a to niełatwe. Bo wytrzymamy emocjonalnie bardzo wiele”.

„Kobiece ciało utrudnia mi życie”.

„Jako kobieta czuję się czasem bezbronna, w sensie fizycznym od mężczyzny, który może mnie zaatakować, przyczepić się w metrze, mówić do mnie jakbym była śmieciem”.

„Na wsi nie było przedszkola. Więc naukę rozpoczęłam od szkoły podstawowej. Uwielbiałam się uczyć. Moja rodzina nie była zamożna. Byłam w 6 klasie, dziewięć klas nie było jeszcze obowiązkowe, a mieliśmy mało pieniędzy. Mama dała mi do zrozumienia, że jeśli mój brat dostanie się do szkoły średniej, nie będę mogła uczyć się dalej. Gdybym płakała, walczyła o swoje, może by się zgodziła… (Bohaterka płacze). Opowiadałam tę historię wiele razy…., ale zawsze mówiąc o tym czuję ogromny smutek”.

„Ponieważ jesteś dziewczynką”. Po wycięciu łechtaczki 5 letniej dziewczynce przez inne kobiety, ona pyta wujka: dlaczego?!!!! Ponieważ jesteś dziewczynką.

„Opowiem o pierwszym dniu w pracy. Mąż był w domu, bo nie miał gdzie mieszkać. Żyliśmy już w separacji. Gdy szłam pierwszy raz do pracy, wstał razem ze mną.

– Dokąd się wybierasz – pyta.

– Nie twoja sprawa. Jak chcesz wiedzieć, jadę do pracy. Zdębiał! Kto ci dał robotę? Nie – gdzie znalazłaś pracę? Myślał, że nikt mnie nie zatrudni. Odpowiedziałam: Będę dekorować wypieki u pani Sarah. Ta zszokowana mina! Już dla niej samej było warto!”.

***

Tak, było warto. Chociażby dla samych min niektórych, było warto. Po to by nie dać się uciszyć. W ciszy rodzi się przemoc.

Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

 

„Jeżeli miłość oznacza dla nas cierpienie, kochamy za bardzo. Jeżeli z przyjaciółmi rozmawiamy głównie o nim, o jego problemach, jego poglądach, jego uczuciach; jeżeli prawie każda nasza wypowiedź rozpoczyna się słowem „on”, kochamy za bardzo.

Jeżeli wciąż rozgrzeszamy go ze złych humorów, znieczulicy, przykrego usposobienia, wybuchów złości, kładąc wszystko na karb nieszczęśliwego dzieciństwa; jeżeli staramy się być terapeutką, kochamy za bardzo.

Jeżeli w trakcie lektury jakiegoś poradnika zakreślamy ustępy, które mogą mu się okazać przydatne, kochamy za bardzo.

Jeżeli nie lubimy jego charakteru, zachowania i postaw, a zarazem sądzimy, że zechce się dla nas zmienić, jeśli tylko będziemy dość atrakcyjne i czułe, kochamy za bardzo.

Jeśli związek z nim naraża na szwank naszą równowagę emocjonalną, a nawet nasze zdrowie i bezpieczeństwo, z pewnością kochamy za bardzo”.

Robin Norwood, Kobiety, które kochają za bardzo

***

Robin Norwood analizuje w swojej książce przyczyny, dla których kobiety angażują się w destrukcyjne uczucia do niedojrzałych emocjonalnie mężczyzn. Ten fragment, który zamieściłam powyżej jest oczywiście zbyt płytki, aby na jego podstawie cokolwiek wnioskować. Dla mnie, on pokazuje dysproporcję pomiędzy kochaniem kogoś, a siebie. Jeśli tak bardzo angażujemy się w kogoś i zapełnia nam to całą przestrzeń, to nie ma nas, znikamy. Tyle, że to nie zaczyna się od kochania kogoś za bardzo, to zaczyna się od nie kochania siebie. I to jest mój pogląd na ten temat, że nie tyle kobieta kocha za bardzo kogoś ile za mało, lub wcale nie kocha siebie. I tu jest pies pogrzebany.

Gdyby mnie było więcej, gdybym nie znikała, gdybym uznawała siebie i swoje potrzeby, nie mógłbyś stać się całym moim światem…

Kochać za bardzo, to nie znaczy kochać zbyt wiele, zbyt często czy zbyt głęboko. Kochać za bardzo, to na przykład kochać kogoś i nie móc odejść choć ma to rujnujące skutki dla zdrowia, równowagi psychicznej; to pozwalać się niszczyć, to czekać  na gesty miłości, które pojawiają się czasem; to bać się wyrażać własne potrzeby aby nie być zostawioną; to zadowalać się małymi kąskami, aby tylko był; to czekać mimo, że nic nie wskazuje na to, że będzie inaczej; to wciąż wybaczać i karmić się słowami, a nie czynami itd. To tak naprawdę wyzbyć się siebie, nie zważać na siebie, nie kochać siebie wystarczająco. A wtedy wszystkim będzie ten drugi.

Jak to jest znikać?

Kochanie za bardzo nie jest przypadkowe. Z czegoś to wynika. Przyczyn szukamy w dzieciństwie. Konstelacje mogą być oczywiście różne. To kilka cech i powodów, dla których kobieta znika, nie kocha siebie wystarczająco:

– wychowywała się w rodzinie, która nie zaspokajała jej potrzeb emocjonalnych,

– może nawet świat nie uznał jej istnienia, może była niechcianym dzieckiem, albo rodzice spodziewali się chłopca,

– sama pozbawiona troski i wsparcia paradoksalnie staje się czyjąś opiekunką, najczęściej mężczyzny, który sprawia wrażenie potrzebującego. W ten sposób daje to czego sama potrzebuje. Wie jak boli brak troski i wsparcia i potrafi to oferować innym. Sobie nie.

– rodzice byli niedostępni, więc silnie reaguje na kogoś kto jest uczuciowo niedostępny. Chce dopełnić to co nie wydarzyło się w dzieciństwie. Może tym razem się uda. To przymus powtarzania, o którym już pisałam.  Polega on na tym, że ogólnie rzecz biorąc, wybieramy nie to, co dobre, ale to, co znamy – nawet jeśli jest dla nas przykre i niekorzystne. Pakujemy się w związki z niewłaściwymi mężczyznami. Z kobietami, które okazują się przeciwieństwem tego, na co się zapowiadały. Wybieramy pracodawców, którzy nas źle traktują. Nietrafione inwestycje. Przymus powtarzania bywa silniejszy niż druga zasada, która organizuje nasze życie, czyli zasada przyjemności – mówił sto lat temu Freud. Przymus powtarzania jest podwójnie okrutny – nie dość, że dostałeś w głowę, bo miałeś, na przykład, tak zwane trudne dzieciństwo, to jeszcze zamiast rekompensować to sobie nadprzeciętną ilością szczęścia w dorosłości, będziesz szukać powtórzenia tego schematu.

– była opuszczana, teraz panicznie się tego boi, zrobi wszystko, aby związek trwał. Nic nie jest zbyt trudne, czasochłonne czy za drogie, jeśli ma wesprzeć ukochanego,

– przywykła do braku wzajemności, więc będzie czekać, żywić nadzieję i próbować na nowo. Jej poczucie wdzięczności jest nadmierne.

– nie zaznała w dzieciństwie poczucia bezpieczeństwa i wciąż go szuka na zewnątrz,

– samą siebie ocenia nisko, w głębi duszy nie wierzy by zasługiwała tak po prostu na miłość. Sądzi, że musi na to zapracować. Mając zbyt niską samoocenę i rozpływając się we wdzięczności dla innych wystawia się na niebezpieczeństwo.

– przypuszczalnie ma predyspozycje do wpadania w depresję, czy też stylu bycia depresyjnego,

– ciągnie ją do „trudnych” osób. Przez swoje wczesne doświadczenia umie poruszać się w „trudnym” towarzystwie.

Te objawy powyżej są przykładowe. Nie jest to zamknięta litania i nie musi pojawiać się w całości. Mieszanka powodów, dla których kobieta znika jest momentami przerażająca. Nie musi być też tak dramatycznie, by wewnętrzne deficyty ciągnęły nas w stronę nieprzystępnych emocjonalnie osób.

Jak kobiety znikające, kochające za bardzo znajdują mężczyzn, z którymi mogą powtarzać bolesne wzorce wyniesione z dzieciństwa? Jak osoba, która stale musiała opiekować się rodzicem ląduje z kimś kim ma się zajmować?

 

Mawia się, że zwykle wybieramy partnera na wzór któregoś z rodziców. Takiego, który wpisuje się w schemat, zależnie od konstelacji. Niezupełnie tak. Wybieramy nie tyle kogoś jak matka czy ojciec, ale kogoś przy kim możemy przeżywać podobne emocje. Stajemy wtedy przed tymi samymi zadaniami co w dzieciństwie. Czujemy się „na miejscu”, gdy możemy przeżywać po staremu ( i tym samym czujemy się  „nie na miejscu” kiedy nie jest po staremu, wtedy trzeba z tego uciec, zniszczyć itp.). Jeżeli to mężczyzna  umożliwi kobiecie rozliczanie się z dziecięcym poczuciem bycia niechcianą czy niekochaną, kobieta powtórzy tę tragedię odrzucenia jeszcze raz.

Do tańca potrzeba dwojga

Do relacji potrzeba dwojga. To nie tylko znikająca kobieta ją tworzy, kochając za bardzo. Ktoś chce, aby kochać go bardzo i przyciąga tę kobietę niczym magnes. Nie chciałabym, aby po lekturze tekstów o kobietach kochających za bardzo panowało przeświadczenie, że to kobieta wyrusza w tłum ze „skanerem” i wyławia te trudne przypadki z tłumu, byle się tylko umęczyć.

No tak, też nie jest. W relacji jest dwoje ludzi. Ona nie zmusza do relacji nikogo, wręcz przeciwnie, ona nie wierzy, że istnieje naprawdę i zasługuje na dobro. To kto ją przyciąga? Jaki to mężczyzna? Historie jak to w życiu mogą być różne, ale powraca motyw silnej kobiety, która poniekąd niesie obietnicę wynagrodzenia wszelkich braków, jakie mężczyzna dostrzega w sobie bądź we własnym życiu. On szuka miłości jakiej być może nigdy nie dostał, bezwarunkowej, kogoś kto nim się zajmie, kogoś dla kogo będzie ważny i kto z nim będzie się liczył, opiekował nim, był czuły, kochający, wyrozumiały, pozwoli być sobą. Mężczyzna taki może szukać kobiety, przy której ujawni te wyparte elementy siebie, których wcześniej nie mógł ukazać.

Obie strony wysyłają sygnały. O takie pary na przykład:

Ona czuje potrzebę bycia potrzebną, a mężczyzna szuka opiekunki. Kobieta przejawia skłonność do poświęcania się, a on jest nadzwyczaj egoistyczny. Ona jest ofiarą, a on rządzi, albo stosuje przemoc i agresję. Ona chce rządzić, a on ma dwie lewe ręce.

Relacja z samą sobą

To do czego ja zmierzam w opisywaniu i rozumieniu takich sytuacji, to wcale nie nazywanie tego kochaniem za bardzo przez kobiety. Ile bardziej tym, że kobieta nie kocha siebie wystarczająco. Jej relacja z samą sobą jest zaburzona.  Ona siebie nie widzi, nie czuje adekwatnie. Do tego nie ma prawidłowego wzorca, nie ma dobrego przykładu. Nie umie dobrze wybierać, bo nie miała jak się tego nauczyć. Albo jednorazowo ma zaciemnienie. W chwili kryzysu pozwoliła się omamić.

„Jeżeli kiedykolwiek dałaś się opętać mężczyźnie, musiałaś chyba czasem mieć wrażenie, że źródłem wszystkiego nie była miłość, lecz strach. Kto kocha obsesyjnie, wciąż się boi — boi się samotności, boi się bycia niekochanym i niedocenianym, boi się zlekceważenia, opuszczenia, a nawet zagłady. Darzymy miłością w desperackiej nadziei, że mężczyzna uśmierzy nasze lęki. Niestety, lęki — a wraz z nimi obsesje — pogłębiają się, aż w końcu darzenie miłością po to, by ją otrzymać, przeistacza się w główną siłę napędową naszego życia. A skoro strategia nie przynosi efektów, próbujemy jeszcze raz, kochamy jeszcze mocniej. I tak zaczynamy kochać za bardzo”. R. Norwood, Kobiety, które kochają za bardzo.

Kobieta wychowana w zdrowym otoczeniu, nie jest oswojona z walką i cierpieniem. Nie umie się w tym odnaleźć. Jeśli spotka mężczyznę, który stanowi dla niej źródło niepokoju, rozczarowania, gniewu, zazdrości czy jakiegokolwiek dyskomfortu psychicznego zejdzie mu z drogi. Ona szuka kogoś, kto chce stworzyć klimat zrozumienia, współdziałania, wzajemnej dbałości, ponieważ w takim klimacie czuje się dobrze.

Nawet jeśli tego kobieta nie zaznała w dzieciństwie, nie znaczy że wszystko stracone. Trzeba zacząć od siebie. Od relacji z samą sobą. Od poznania siebie całej, z wszystkimi elementami, tymi nie ujawnionymi, głodnymi, zrozpaczonymi.  To pozwoli na rozpoczęcie tworzenia własnej równowagi, stanie mocno na swoich nogach, na nieposzukiwanie desperackie pokarmu na zewnątrz.

Kto to taki – ja sama?

Mówi się, że spotkanie z samym sobą jest najważniejszym spotkaniem w życiu. A kto to taki – ja sama?

Może pomyśl Kobieto tak: Trudno było tej dziewczynce przetrwać bez miłości. Tak, ale przetrwała. Ty przetrwałaś. Masz w sobie tę siłę, aby więcej nie żebrać okruchów. Istniejesz tak jak inni i normy wobec ciebie nie mogą być zawieszone. Obowiązują wobec ciebie te same zasady, co wobec innych. Nie jesteś gorsza, i nie można ciebie traktować gorzej, inaczej. Tobie należy się taka sama ochrona przed złym traktowaniem, jak innym. Byłaś „niewidzialna” kiedyś dla ważnych osób, ale to nie oznacza, że tak ma być zawsze.

Ja jestem zwolenniczką tego, aby w takich sytuacjach nie skupiać się na tym jak kochać kogoś mniej, tylko na tym jak kochać siebie bardziej. Im Ciebie Kobieto będzie więcej, im lepiej będziesz rozpoznawała swoje potrzeby, im lepiej będziesz rozumiała co się z tobą dzieje i im lepiej będziesz umiała sobie z tym radzić, tym pewniejsze jest, że nie będziesz kochać za bardzo tak, że ty znikniesz, będziesz niewidzialna dla mężczyzny i widzialna tylko wtedy kiedy będzie mu to na rękę. A nawet jeśli on zniknie, to Ty będziesz, bo Jesteś i nie rozpadniesz się.

Zacznij od siebie, od relacji ze sobą, od odkrywania wypartych części siebie, od poznawania siebie. Jeśli potrzebujesz pomocy idź po nią. Zrób co możesz dla siebie. Tą prawdziwą sobą bądź.

P.S. Mimo, że sam tytuł książki, którą przytaczam kieruje nas w stronę kobiet, to temat „kochania za bardzo” nie dotyczy wyłącznie kobiet. W nałóg jak to nazywa autorka chorej miłości wpadają także niektórzy mężczyźni. Przy czym mężczyźni okaleczeni emocjonalnie w dzieciństwie ratują się zwykle inaczej niż kobiety, poprzez pogoń za czymś raczej bezosobowym i zewnętrznym. Obsesyjnie zajmują się pracą, sportem czy jakimś hobby. Akurat w tym wpisie skupiłam się na tym temacie od strony kobiet.

***

A to jeden z moich ulubionych utworów Yasmin Levy. Tym razem w duecie z Yiannisem Kotsiras. Rusza do trzewi. Przynajmniej mnie 🙂

p.s. 2. W pierwszej wersji wpisu powstrzymałam się i zamieściłam inny utwór. Wróciłam jednak do tego.

 

A jeśli tak, to co ze mną będzie, kiedy on nie będzie mnie już chciał, odejdzie, zdradzi, albo umrze?

***

Mężczyzna strażnikiem mojego wizerunku

Obejrzałam niedawno w ramach festiwalu Docs Against Gravity film Kobieta. 2000 kobiet z 50 różnych krajów świata dzieli się przed kamerą swoimi historiami i opowiada o własnych doświadczeniach: od tych najbardziej intymnych aż po kulturowe. Moją uwagę przykuła jedna z bohaterek (nie tylko ta), która wydaje się, że nie mówi o wielkim dramacie, ale czy na pewno?

Opowiada, że straciła męża, który ją kochał, pożądał taką jaka jest. Mówi tak:

„Teraz, gdy go zabrakło mam wielki problem i nie jestem tu wyjątkiem. Muszę odkryć na nowo jak kochać samą siebie. W tym rzecz- jak kochać siebie, gdy nikt cię nie podziwia. To naprawdę trudne. Odkąd zmarł czuję się brzydka. To szaleństwo. Powierzyłam temu mężczyźnie, którego kochałam, i z którym byłam szczęśliwa, powierzyłam mu rolę strażnika mojego wizerunku. Zawierzyłam mu go. To on był kluczem do mojego postrzegania siebie. Nie wiedziałam o tym. Uświadomiłam to sobie, gdy odszedł. Dopiero teraz”.

Taka historia nie jest odosobniona. Tyle, że finały prowadzące do zdruzgotania poczucia własnej wartości mogą być różne.  Mężczyzna może przestać pożądać kobietę, zwyczajnie odejść, zdradzić, no albo umrzeć. I jeśli to on określał kobiecie jej wartość, to bez niego czy jego akceptacji co się będzie z nią działo?

Boginie i wycieraczki

Boginie i wycieraczki, tak Pablo Picasso charakteryzował pewność siebie  u kobiet. Problem z niską samooceną dotyczy mnóstwa kobiet, niezależnie od wyglądu, wykształcenia, pozycji społecznej. Wiele z nas nie zdaje sobie sprawy, że mając niskie poczucie własnej wartości narażamy się na wiele niebezpieczeństw w relacjach. Gdy nie czujemy same własnej wartości, możemy ją uzależniać od zewnętrznej aprobaty. Najczęściej męskiej. Stajemy się wtedy więźniarkami mniej więcej takiego przekonania: Jestem piękna, bo on mnie pragnie. A jak przestanie z takich czy innych względów, to co wtedy? Zostaję zdruzgotana, nic nie warta…

To jest jak umieszczanie części siebie w kimś innym, oddawanie temu komuś kontroli nad sobą. I jeśli nie obudzę się z tego snu, i będę potrzebować kolejnego strażnika, któremu powierzę swój wizerunek wyląduję w podobnym układzie, bo zamiast sama budować swoje poczcie własnej wartości, będę go szukać w kimś innym, na przykład mężczyźnie. Bywa, że kobiety, które mają deficyt poczucia kobiecości, są „głodne” miłości i non stop szukają u mężczyzn potwierdzenia, że są dla nich atrakcyjne. Kobiety z niską samooceną mogą być w związkach zależnościowych, czasem są wykorzystywane psychicznie lub fizycznie, ich granice są nadwyrężane lub przekraczane. Ciężko im z takich związków się wydostać, albo lądują w następnym bardzo podobnym.

Kobieta, którą cytuję, wie już przynajmniej, że to zrobiła, powierzyła mężczyźnie rolę „strażnika swojego wizerunku”. I teraz nie wie jak naprawdę sama kochać siebie. Mówi, że musi odkryć na nowo jak kochać samą siebie. A ja myślę, że raczej ma do odkrycia jak w ogóle kochać siebie. Wcześniej kochała nie siebie, tylko swój wizerunek odbity w oczach mężczyzny.

Poczucie własnej wartości, aby było prawdziwe i stabilne powinno być zbudowane na solidnych fundamentach w nas samych, a nie na osobach, atrybutach zewnętrznych. Jeśli to otoczenie wpływa na sposób, w jaki określam swoją wartość, to gdy ktoś mi to odbiera, nie mam na czym się oprzeć i tracę pewność siebie. Jeśli zaś zdołam zbudować poczucie własnej wartości, na swoich atrybutach wewnętrznych, to okoliczności ani otoczenie nie będą miały takiego znaczenia.

Mogę stracić podziw w oczach mężczyzny, ale nie stracę siebie, nie zostanę zdruzgotana.

Od czego zacząć?

Od relacji ze sobą samą. Relacja ze sobą jest podstawową, najważniejszą, jaką budujemy w życiu. Od tego, jak traktujemy siebie, zależy to, w jaki sposób będziemy budować relacje z innymi. Jeśli same siebie nie akceptujemy, nie szanujemy, to inni też nie będą tego robić. Niby to takie oczywiste. A bardzo trudne. Perfekcjonizm, brak asertywności, krytycyzm wobec siebie – to jedne z objawów braku poczucia własnej wartości. Wszystkie prowadzą do oddalania się od siebie, braku kontaktu ze swoimi emocjami, smutku, frustracji, wypalenia. A czasem też depresji lub chorób psychosomatycznych. Wszystko to sprowadza się w jakimś stopniu do uznania, że ja jestem pełnią, a nie kimś z brakiem, który ktoś inny ma wypełnić.

Źródeł uszczuplonego poczucia własnej wartości, najczęściej upatruje się w dzieciństwie. Niekochane dziewczynki niosą swój bagaż nie tylko w dzieciństwie. Głodne miłości szukają jej w dorosłym życiu. Jednak nie musi być tak dramatycznie, może to wynikać także z modelu wychowania w dzieciństwie, gdzie ignorowane były potrzeby dziecka, były nadmierne oczekiwania, krytyka rodziców, nauczycieli, katechetów. Toksyczne mantry typu:  „musisz być grzeczną dziewczynką”, „siedź w kącie, a znajdą cię”, „kobieta powinna być miła”, „ co zrobiłaś, że postawił ci czwórkę! „nie no coś ty, to nie dla ciebie”, „nie dasz rady”.

To co słyszymy, czego doświadczamy, zapisuje się w nas programuje nasze zachowania w dorosłym życiu. Może  skutkować  nieumiejętnością stawiania granic, niemożnością odmowy, przyznawaniem innym pierwszeństwa, stawianiem siebie na ostatnim miejscu.

Budowanie poczucia własnej wartości

Budowanie poczucia wartości to wielowymiarowe zajęcie. Nie chodzi o techniki  bycia pewną siebie czy powtarzanie wspierających afirmacji.  To tylko budowanie fasady z kamuflażem. To nie zadziała, jeśli nie dotrzemy do źródeł, nie rozpoznamy przyczyn.

Poczucie wartości opiera się na samoświadomości, samoakceptacji, miłości do siebie i szacunku. Podstawą jest bezwarunkowa akceptacja siebie, przekonanie, że wystarczy ci zasobów, że ty sama jesteś wystarczająco dobra.

Carl G. Jung w Komentarzu do Księgi Świadomości i Życia pisał tak: „Jest to kwestia zaakceptowania siebie, postawienia własnej jaźni w centrum uwagi, problem bycia świadomym wszystkiego, co się robi, i utrzymywania wszystkich dwuznacznych aspektów tego przed swoimi oczami- to wszystko wymaga od nas zdobycia się na najwyższy wysiłek”.

A jaki to wysiłek? Zaakceptować siebie. Chcieć to zrobić, chcieć rozkwitnąć.

Oferujesz innym pełną miłość i akceptację? Naucz się oferować to samo sobie…

 

„jeśli urodziłaś się

tak słaba by upaść

urodziłaś się

tak silna by wstać”

Rupi Kaur

I jako dodatek z playlisty Zanim zrozumiesz Varius Manx. W sumie tekst, jest kierowany bardziej do mężczyzny: „zanim zrozumiesz, jak bardzo kochałeś ją”, ja bardziej biorę tę piosenkę do siły kobiety: „ona ma siłę, nie wiesz jak wielką, umierała długo, teraz rodzi się lekko”. Tekst zmieniłabym jednak w jednym miejscu…

 

 

O smutku w dobie Instagrama, i o tym czy i jak go przeżywać

 

*** 

Czym jest smutek?

Zygmunt Freud twierdził, że naszym życiem kierują dwa podstawowe popędy: do przyjemności oraz do unikania cierpienia i bólu. Nic więc dziwnego, że radość i smutek  toczą w nas nieustającą walkę.

Alexander Lowen, twórca Bioenergetyki, określał smutek jako  emocję wiążącą się ze wspomnieniami minionej przyjemności i z bólem po jej utracie. W zależności od natężenia może zamienić się w żal, a następnie w rozpacz. Smutek występuje wtedy, kiedy wspomnienie „dobrych” uczuć przeważa nad bólem, żal – gdy ból utraty jest większy niż wspomnienie przyjemności. Rozpacz rodzi się wtedy, gdy ból jest tak wielki, że całkowicie wyklucza przyjemność.

Smutek to emocjonalny ból, może być związany ze  stratą, rozpaczą, żałobą, żalem, bezradnością, rozczarowaniem. Smutek jest emocją, która nie porusza, a wręcz zwalnia człowieka. Jest skierowany do wewnątrz. Mimo tego, że jest więcej wokół nas edukacji odnośnie przeżywania emocji, tych trudnych także, to wcale smutek nie jest mile widziany.

Smutek w dobie Instagrama?

Bartłomiej Dorobczyński w rozmowie z Agnieszką Jucewicz powiedział tak: „W świecie, w którym wartością jest świetne samopoczucie, wydajność, sukcesy, orgazm piętnaście razy dziennie i pięciocyfrowa pensja, człowieka smutnego należy się wystrzegać, jak ognia. Bo nie daj Boże – zarazi”.

No i tak jest. Gdzie wśród tych wszystkich uśmiechniętych fotek, informacji o samych radosnych wydarzeniach itp. miejsce na smutek? Wydaje się, że nie ma. A czy smutku nie ma naprawdę za tymi zdjęciami, relacjami itp.? Śmiem wątpić.

Jakiś czas temu robiliśmy w pracy zdjęcia służbowe. Wynajęty fotograf, makijażystka. Najpierw pani kosmetyczka (bardzo sympatyczna) wymalowała mnie. Twierdziła, że ten makijaż musi być taki mocniejszy, ale w obiektywie nie będzie go widać. Acha..Już po zdjęciach w samochodzie wycierałam się, bo według mnie wyglądałam jak „Upiór w operze”.  No i robienie zdjęć, najpierw próby. Przyznam, że nie lubię tego robić. Pan Fotograf miał wizję jak tacy specjaliści jak ja i koledzy z zespołu mamy wyglądać. Nie jak wyglądamy, tylko jak mamy wyglądać. I miny, u mnie nie wystarczył zwykły uśmiech.

Ten człowiek był obłędny, zrobił absolutnie wszystko, abym śmiała się jak w euforii. Śpiewał mi piosenki o jakimś szurniętym misiu (Serio!) i wyskakiwał zza obiektywu. Tak rozśmieszał mnie. Był naprawdę świetny w tym. Bawiłam się dobrze. I zdjęcie wyszło ładne. Tyle, że na tym zdjęciu to nie jestem prawdziwa ja. Prawdziwa ja, ale tylko w jakimś momencie. To nie jest mój zwyczajny wyraz twarzy, kiedy kogoś spotykam. Śmieję się tak, ale nie non stop i nie chodzę z takim przyklejonym uśmiechem. A ileż to razy, takie uśmiechy na zdjęciach, potrafią nas zdołować. Wszyscy tacy uśmiechnięci, a ja akurat smutna, to pewnie ze mną coś nie tak?

To gdzie jest ten smutek?

Pewnie jest, tyle, że często jest tłumiony. Niechęć do jego czucia jest olbrzymia.  Co można robić ze smutkiem, aby go nie czuć? Można zaśmiać, zagadywać, zajadać, zapijać, zapracowywać itd. Ileż to razy słyszymy: no coś ty nie smuć się już, no daj spokój i tu wtedy litania: zobacz pogoda taka piękna, nie przesadzaj daj spokój, nie ma się co smucić, chodź na wino, kup sobie coś ładnego i ci przejdzie, zobacz ja jestem gruba a się nie smucę, przejdź na dietę sokową to eliminuje złe emocje, pewnie nie jesz mięsa i taka jesteś słaba, wyjdź na słońce to ci przejdzie, myśl pozytywnie to będziesz się bogacić, wypij rano szklankę soku z ogórków kiszonych to ci pomoże, to przez to, że tyle czytasz, już daj spokój z tymi książkami, to od tej jogi tak ci się w głowie miesza, itd. itp. Tu każdy pewnie może dodać coś od siebie do tej litanii.

I czy to pomaga smutnemu? Nie, nie pomaga. Ma pomóc raczej temu kto ma dyskomfort z naszym smutkiem. Bo nie daj Boże, jeszcze sobie przypomni o swoim i co wtedy… Albo przypomni sobie o kruchości ludzi, relacji, życia, przemijaniu. Nie, tego nie chcemy. Trzeba byłoby poczuć ten smutek. A tu nie ma miejsca w świecie pięknych fotek uśmiechniętych, relacji, na smutek. Tak jakbyśmy byli zobowiązani do ignorowania tego uczucia i mieli zachowywać się tak jakby było wszystko w porządku. Dla kogo Oscar za najlepsze udawanie odporności na rozczarowania, frustrację i dyskomfort.

A zmedykalizowany świat w postaci klasyfikacji zaburzeń psychicznych, zakłada, że istnieje coś takiego jak „normalna”, „zdrowa” żałoba i że ma ona określony czas. Jeśli się przedłuża to już patologia. Tyle, że ten czas jest piekielnie krótki.  Lepiej zbierz się w garść szybko, bo to już patologia… W świecie, w którym smutku się nie akceptuje, ludzie którzy go doświadczają, sami mają poczucie, że coś jest z nimi nie tak, że może powinni coś z tym zrobić. Nie mamy czasu na smutek. Jak już się pojawi, to dalej znikaj już, nie chcę cię czuć. A tego przecież nie można przyśpieszyć…

To co z tym smutkiem zrobić?

Wielu z nas ma w sobie sporo tłumionego żalu i smutku. I nie da się go wyleczyć tym zdaniem:  weź się w garść. W smutku jest duża wartość. Smutek jest jedną z najinteligentniejszych emocji. Smutek jest wiadomością dla nas. Dobrze jest zrozumieć, co nam chce powiedzieć. Może mówi o czymś ważnym, o utracie złudzeń, o stracie, o tym że to coś ważnego, albo o tym ,że czegoś ważnego nie dostaję.

Smutek może manifestować się zmniejszeniem energii. Ale nie chodzi o taki bezruch i przygnębienie jak w depresji. Jest lżejszy. Ta zmiana energii oddala nas od zewnętrznych bodźców, aby zagłębić się bardziej w siebie. Zastanowić nad tym co nas martwi, przeszkadza, denerwuje. Hibernuje nas, oszczędzamy energię. Ważne jest aby pokonać cierpienie skupiając się na sobie. Nie rozpraszając energii na zewnątrz. Chociaż właśnie często ignorujemy go i działamy jak gdyby nigdy nic.

Smutek nie jest zły. To emocja, która pełni rolę mechanizmu ostrzegawczego. Mówi: zatrzymaj się, posłuchaj siebie, zrozum co się z tobą dzieje. Co jeszcze? Za smutkiem może stać tęsknota. Czasem brak jednej osoby, powoduje że świat się wyludnił. Trudno nie smucić się, kiedy serce jest smutne.

Dobrze jest przestać traktować smutek jako przejaw słabości. A raczej jako naturalny stan, który dzieje się w odpowiedzi na to co nam się przytrafiło. Przyzwolić na smutek to dać sobie szansę na wyjście z tego, i to także informacja o nas samych, co się stało, co mi jest, czego chcę. Poznaj swój smutek. Wyciszony, stonowany, refleksyjny człowiek szybciej dotrze do wnętrza siebie. Smutek urealnia nas i to co wokół. Nie bójmy się go. Jest potrzebny. Mając odwagę, by skonfrontować się z własnymi uczuciami, uwalniamy je i odpuszczamy. Będzie lżej. Tylko cierpliwości potrzeba.

A może to rzeczywiście depresja?

Zaczynasz tak myśleć, kiedy smutek rozrasta się o dodatkowe, niefajne emocje. Pojawia się bezsilność, rozczarowanie, złość, lęk. Między depresją a smutkiem jest jedna podstawowa różnica. W depresji przestajesz czuć cokolwiek. Dodatkowo traci się energię i motywację do działania, przestaje na czymkolwiek zależeć. Proste, codzienne czynności są trudne do wykonania, przeszkadzają. Znika nawet lęk, jest już wszystko jedno.

Tymczasem smutek to emocja pełna życia. Pod warunkiem, że pozwolisz sobie go przeżyć. Na dłuższą metę nie działa unikanie odczuwania smutku. Kiedy próbujemy zaśmiewać smutek, pojawia się złość, a zamrożona złość i smutek to depresja. Jedyną skuteczną metodą jest przeżycie smutku, a jeszcze wcześniej odczucie go i akceptacja. Smutek odejdzie, kiedy go wysłuchasz.

Dlatego,  gdy ktoś ci powie: jestem smutna/y, nie odpowiadaj: nie martw się, bądź szczęśliwy, weź się w garść albo weź antydepresant.

***

P.S. Kiedy robiłam sobie zdjęcie do umieszczenia na tym blogu, poprosiłam fotografa o zdjęcie, na którym jestem sobą. Pokazałam mu to zdjęcie, po śpiewaniu o szurniętym misiu i powiedziałam, że jest ładne, ale nie o takie mi chodzi. To mam być ja. No i jestem ja (może za wyjątkiem rudawych włosów :-)).

A na koniec smutna piosenka. Refren wpisuje się w temat.

Przymus powtarzania to nieświadomy impuls, który może prowadzić do powtarzania sytuacji,
uczuć, myśli, bolesnych zdarzeń.

***

Przymus powtarzania

Wydaje się, że nie ma to sensu. Po co mielibyśmy powtarzać coś co nas boli, nie satysfakcjonuje. A jednak tak się dzieje. Ileż to razy słyszymy takie na przykład zdania: Wciąż trafiam na takich samych facetów, Kobiety, które spotykam są zimne, Ludzie mnie wciąż wykorzystują itd. Nancy MCWilliams w swojej książce „Diagnoza psychoanalityczna” ujęła to tak:

„Życie jest niesprawiedliwe – ci, którzy cierpią najwięcej w dzieciństwie, na ogół cierpią najwięcej jako dorośli i to w okolicznościach zadziwiająco przypominających scenariusze z dzieciństwa. Co więcej, obserwując sytuacje z życia dorosłego, można dojść do wniosku, że to cierpiący sam je wywołuje”.

No właśnie wyobraźmy sobie taką postać:

Kasia 35 lat, skarży się na lęki, opowiada o trudnych relacjach z rodzicami, ma bogate życie towarzyskie, jednak relacje z mężczyznami prowadzą ją do rozczarowań, cierpienia.  Chciałaby stworzyć relację z odpowiedzialnym, czułym mężczyzną. Jednak dzieje się tak, że ląduje z mężczyznami niedostępnymi w taki czy inny sposób, niestabilnymi emocjonalnie. Kiedy spotyka kogoś w „jej typie” otwierają się wrota piekieł. Z kolei relacja z mężczyzną, który jest stabilny emocjonalnie, spełnia jej oczekiwania jest przez nią torpedowana.

Wyglądać to może na pozbawione sensu, tak jakby bohaterka chciała cierpieć. Otóż nie, nie chce cierpieć. Tylko nie może wydostać się ze swojego błędnego koła powtarzanego schematu.

Jak to się dzieje?

Większość ludzi, używa wyrażenia „jest w moim typie”, kiedy opowiada o kimś kto ich przyciąga. Myślimy wtedy, o określonych cechach fizycznych, typie osobowości, który uznajemy za atrakcyjny.  I sądzimy, że to właśnie nas przyciąga ku drugiej osobie. To nie takie proste. To co decyduje o wyborze pewnego „typu” to podświadome rozpoznanie znajomych cech. Nieprzypadkowo często dorośli skrzywdzeni w jakiś sposób przez rodzica, wybierają partnera na jego podobieństwo. Na przykład mężczyzna, który miał niedostępną, krytyczną matkę będzie dążył do takiej relacji z kobietami. A gdy spotka kobietę odmienną od „swojego typu”, zrobi wszystko aby tę relację zniszczyć. Tak samo jak opisana powyżej bohaterka Kasia.

Dlaczego to sobie robimy?

Wygląda to na obłęd przecież. Tęsknota za domem, za tym aby w końcu dostać to czego nie otrzymaliśmy na wczesnych etapach życia utrudnia odróżnienie dorosłych potrzeb od dziecięcych doświadczeń. Jest to pociąg do kogoś, kto jakimiś cechami przypomina krzywdzącego rodzica. Przy czym, to podobieństwo wcale nie jest takie oczywiste na początku relacji. Ledwo dostrzegalne. Jednak nasz wewnętrzny radar, kierujący się skrzywdzeniem z dzieciństwa jest czuły. I jednocześnie jest to niedostępne dla naszej świadomości. I nie chodzi o to, że ktoś dąży do tego aby być zraniony i cierpieć.

Nie, właśnie chodzi o to, że nieświadome impulsy pchają nas w tę otchłań z zamiarem: tym razem się uda, tym razem dostanę to czego potrzebowałam/em. Próbujemy poradzić sobie w sytuacji, która przypomina tę kiedy byliśmy bezradni. Próbujemy domknąć starą nie zakończoną dla nas sytuację. Może teraz uda mi się i zaleczę stare rany z kimś kto przypomina krzywdziciela, ale jest kimś nowym. Nie jest to możliwe. A wybranie partnera o cechach przypominających kogoś kto nas skrzywdził w przeszłości przyniesie odwrotny efekt, otworzy stare rany, i sprawi że poczujemy się jeszcze mniej wartościowi.

Proces ten dzieje się poza naszą świadomością. Opisana Kasia przecież chce znaleźć czułego, opiekuńczego partnera, tyle że gdy takiego spotyka zrobi wszystko aby tę relację zniszczyć. A ładuje się w relacje z niedostępnymi emocjonalnie mężczyznami.

Psychoterapeuta Terry Real opisał rutynowe zachowania ludzi jako „zintegrowaną rodzinę pochodzenia”. Ludzie nie muszą opowiadać swoich historii za pomocą słów, ponieważ zawsze je odgrywają na swojej scenie życia.

I co z tym zrobić?

Odkryć, uświadomić sobie, przepracować. Kasia z opowiadania ma do przepracowania skomplikowane uczucia do rodziców. Przepracowanie ich może ją otworzyć na inny typ mężczyzn. Do tego czasu, ilekroć spotka kogoś dostępnego emocjonalnie, gotowego odwzajemnić miłość, jej podświadomość go odrzuci jako mało interesującego. Kasia z dużą dozą prawdopodobieństwa bycie kochaną  utożsamia z poczuciem wewnętrznego niepokoju, zamiast ze spokojem i radością. I tak to się toczy. Mężczyzna niedostępny, którego spotka, ma z kolei swój schemat i tak może to prowadzić do spektakularnej katastrofy.

Schemat jaki by nie był to schemat, a każdy człowiek ma w sobie potencjał do tego, aby realizować w pełni siebie i nie krzywdzić siebie. Odkrycie schematu, bolesnej drogi postępowania, gdzie odtwarzamy stare traumy jest krokiem do wejścia na drogę zmiany ku lepszemu. A zrobić to można z miłości i szacunku do siebie. I pamiętajmy, że każdy człowiek, który staje na naszej drodze jest naszym nauczycielem, nawet jeśli lekcja jest bolesna.

Jestem wdzięczna za każdą moją lekcję, za każdego Nauczyciela który stanął na mojej drodze. Nie zawsze to łatwe, zwłaszcza jak boli. Wyznaję za jednym z praw duchowych indyjskich „Każda osoba, którą spotykasz w życiu, jest osobą właściwą”. A jeśli lekcja jest bolesna? No cóż, widocznie miała nauczyć mnie czegoś, poprowadzić dalej…

***

A gdybyśmy nie pokochali nigdy
Zgubili, spóźnili się?
Byliby z nas ludzie zupełnie inni.
A czy szczęśliwi, kto wie?

A.M.Jopek