Patrycja Balicka

Kobieta, córka, matka, przyjaciółka i psychoterapeutka.
[Więcej >>>]

Skontaktuj się!

„Książki to także świat, i to świat, który człowiek sobie wybiera, a nie na który przychodzi”.

Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli

***

Szybki, krótki przegląd książkowych inspiracji

 

Macie już prezenty? A może książka? Przygotowałam  własny, krótki przegląd moich pozycji książkowych z ostatnich miesięcy. Może okażą się dla kogoś inspiracją. Kolejność nie jest rankingowa. Niektóre z wybranych książek, dopiero co zaczęłam czytać. to znaczy dokładnie tę pierwszą 🙂

1. Rupi Kaur, Dom ciało

 

To nowy tomik poezji Rupi Kaur. Bardzo kobiecy, intymny, refleksyjny. Dotyczy miłości, straty, traum, powrotu do zdrowia, kobiecości, emigracji. W twórczości Kaur kruchość, delikatność przewija się z kobiecą siłą. Z ludzką siłą do istnienia, wbrew wszystkiemu, wbrew dramatycznym traumom, krzywdom, zranieniom. Bije z niej też refleksja, mądrość, ale też dystans i humor.  Rupi Kaur, jest odważna, niebanalna. Swój pierwszy tomik poezji wydała własnym sumptem.

Cytowałam już kiedyś w jednym wpisie Kaur. Na czytelniczkę/ czytelnika, który pierwszy znajdzie ten cytat i do mnie napisze czeka nowy tomik Rupi Kaur w prezencie ode mnie.

2. Jolanta Brach-Czaina, Szczeliny istnienia

 

Szczeliny istnienia to esej filozoficzny. Dotyczy podstawowych sytuacji egzystencjalnych: miłości, cierpienia, umierania, narodzin z perspektywy codzienności. Tej książki nie potrafię opowiedzieć. Czytam ją zdanie po zdaniu, wracam, zaczynam znów. Zamieszczam fragment poniżej.

„To, o czym chcę mówić, dotyczy istnienia w postaci egzystencjalnego konkretu, którym jest zarówno napotkany kamień, jak i każdy z nas. Można też powiedzieć, że dotyczy bytu – a więc tego, co jest i co posiada moc obecności pełną, którą wyraża słowo JEST. Bo czyż można być mocniej niż to, co jest? I czy nasze myśli nie powinny zwracać się ku temu, co jest, ku otaczającemu nas bytowi, jakim też sami jesteśmy?”

3. Eva Eger, Wybór

 

 

To historia amerykańskiej psychoterapeutki, która była więźniarką obozu Auschwitz. W 1944 roku jako szesnastolatka Edith Eger została wywieziona do Auschwitz. Przetrwała, bo doktor Józef Mengele lubił patrzeć na jej taniec. Gdy obóz został w końcu wyzwolony, Edith, u skraju sił, została wyciągnięta ze stosu ciał. Tylko to nie jest historia obozowa wyłącznie. A właściwie w ogóle nie jest. To jest niezwykła historia o sile życia, o wyborze który każdy z nas ma. Autorka opowiada jak w „średnim wieku” zaczęła się uczyć psychologii, psychoterapii i została psychoterapeutką. To historia o tym, jak jej dramatyczne przejścia, jej życie, są jej zasobem w pracy z innymi ludźmi, w pomaganiu im. To bardzo ważna dla mnie książka.

4. Jessica Bruder,  Nomadland W drodze za pracą

 

To opowieść jak mając niewiele, będąc uznanym przez innych za bezdomną/bezdomnego można zachować chęć i radość życia, ludzkie odruchy. Bohaterowie nie mają oszczędności, wyparowały w kryzysie, lub z innych powodów. Żegnają się z wygodnym życiem, przesiadają się  do kamperów, przyczep, vanów czy pikapów i ruszają w drogę. Jeżdżą od stanu do stanu w poszukiwaniu dorywczej pracy – na kempingach, przy zbiorach owoców i warzyw, w centrach logistycznych Amazona. Żyją tak delikatnie, że innym nie wadzą. Nawiązują przyjaźnie, dzielą się doświadczeniami, pomagają sobie nawzajem.

To włóczęga po innej Ameryce. Dla mnie to historia o wolności. Czy wolny jest bardziej ten ktoś z napchanym kontem, tytułami, luksusowym samochodem?

5. Agnieszka Jelonek, Koniec świata umyj okna

 

 

Książka niewielka, szybka w lekturze, tyle że pozostająca w pamięci na dłużej. Bohaterkę zaczynają dręczyć ataki paniki. Nie rozumie ich przyczyn, z pozoru wydaje się, że prowadzi życie jak to się teraz modnie mówi „wystarczająco dobre” z wystarczająco dobrym mężem. No, ale coś jednak jest nie halo. Dla lękowców może być pewnym ukojeniem, perspektywą, że nie tylko mnie spotykają lęki.

Dobrze miało być krótko, ale jeszcze jedna pozycja.

6. Lori Gottlieb, Czy chcesz o tym porozmawiać?

 

 

Terapia oczami terapeutki i jej terapeuty to za mało, aby opisać tę książkę. Lori jest terapeutką. Historia zaczyna się od jej życiowego kryzysu. Terapeutka, też człowiek. Ktoś ją zostawia, ona zdezorientowana – przecież mówił, że kocha. Banalne? Bynajmniej nie. Jej opisy siebie i swoich stanów są ujmujące. Opisuje siebie z rozbrajającą szczerością. Jak wtedy, kiedy sama będąc w rozpaczy zawlokła się na sesję z pacjentką w bluzce od pidżamy. I pacjentka zapytała czy to pidżama. Co z tego wyniknęło znajdziecie w książce. To także opisy sesji terapeutycznych – dla tych, którzy chcieliby się dowiedzieć jak sesja może wyglądać.

Losy bohaterów, pacjentów pokazują barwność życia, jego przewrotność i zawsze siłę życia, ale także rolę drugiego pomocnego człowieka, którego spotykamy na swojej drodze. Rolę relacji, wszyscy pragniemy dobrych więzi.

Rozpędziłam się, ale miało być krótko więc kończę.

***

Dołączam piosenkę zespołu Frankie Goes to Hollywood „The Power of Love. To miłosna piosenka, jeden z moich hitów. Jest przeszywająca, tłumaczę ją od kilku lat 🙂 No i nie zapomnijcie o konkursie. Czekam 🙂

 

 

With or without you

Patrycja Balicka13 grudnia 2020Komentarze (0)

 

„I can’t live with or without you” – o tym jak lęk przed odrzuceniem i przed bliskością mogą mieścić się w jednej osobie, i czym to skutkuje w relacji

 

***

Jakiś czas temu napisałam wpis: A jeśli mnie odrzuci. To wpis o tym, jak zachowują się w relacji osoby, którym towarzyszy lęk przed odrzuceniem, i osoby, którym towarzyszy lęk przed pochłonięciem. I jak para złożona z takich przeciwstawności może nie spotkać się w prawdziwym kontakcie. Teraz piszę dodatek do tamtego wpisu, otóż te dwie postawy zdaje się, że wykluczające się, lęk przed odrzuceniem i lęk przed bliskością, „pochłonięciem” mogą być odczuwane przez jedną osobę.

Jak to się dzieje i jak może wyglądać?

Są osoby nazwijmy,  że z  takimi stylami relacyjnymi, gdzie te dwa lęki przed odrzuceniem i przed bliskością mieszczą się w jednej osobie. Nie będę pisała teraz o przyczynach powstania takiego stylu relacyjnego. Dotyczy ona historii rodzinnej, relacji z pierwszymi ważnymi obiektami. W tym wpisie napiszę o tym, jak te przeciwstawne siły są w jednej osobie i czym to skutkuje. Bliskość i autonomia, to pojęcia które towarzyszą nam wszystkim. Każdy z nas potrzebuje i bliskości drugiego człowieka i autonomii. Kłopot pojawia się wtedy, kiedy usztywniamy się na którymś lęku, i to usztywnienie kieruje naszymi relacjami z innymi.

W dużym uproszczeniu, jednocześnie lęk przed odrzuceniem i bliskością występuje u osób ze stylem relacyjnym narcystycznym i stylem borderline, z pewnymi różnicami.

Jak to jest w stylu narcystycznym?

To co uderza w tym stylu to wielkościowość, bycie skoncentrowanym na sobie, na swoim celu, na otrzymywaniu adoracji, poczuciu bycia wyjątkowym, także czasem usztywnieniu potrzeby perfekcjonizmu. W relacjach osoby z tym stylem relacyjnym nie doceniają, dewaluują innych, aby chronić siebie przed poniżeniem, deprecjacją. Bowiem mała krytyka, a nawet brak zachwytu odbierają oni jako poniżenie. I  osoba z takim stylem relacyjnym odbiera bycie z kimś w bliskiej relacji jako poświęcenie się tobie i tego unika. Bliskość, prawdziwa intymność dla tej osoby jest zagrażająca. Jednak kiedy narcystyczna osoba ma potrzebę ciebie, manipuluje drugim by to uzyskać, nie będąc w pełni w kontakcie. Tak jak pisałam we wpisie Zranione serce narcyza narcystyczna osoba uwodzi, daje obietnicę tego czego nie chce tak naprawdę dać. Nie  pozwoli się zbliżyć do siebie drugiemu. Po pierwszej fazie uwiedzenia, zacznie tracić zainteresowanie drugą osobą, będzie szukać defektów i potwierdzenia, że ten ktoś czegoś chce, zamiast tylko dawać podziw. W stylu narcystycznym nie może dojść do prawdziwego bliskiego kontaktu, osoba narcystyczna unika intymności. Bliskość jest niebezpieczna, obnażyłaby nie wielkościowość osoby narcystycznej. Osoba narcystyczna uwodzi, by później odegrać swój dramat odrzucenia. I może być, że złością, gniewem, urazą reaguje kiedy druga osoba już nie daje tylko podziwu, lub opuszcza i odbiera to jako odrzucenie, nie uświadamiając sobie, że tak naprawdę sam porzucił już wcześniej. Osoba narcystyczna odrzuca drugiego, nie dopuszcza do siebie, a paradoksalnie złość kieruje na drugiego, kiedy ten na przykład decyduje się nie być dłużej w relacji gdzie nie jest możliwy kontakt.  Narcystyczna osoba odrzuca, nie pozwalając się zbliżyć, używając relacji z drugim dla siebie. I tak z jednej strony lęk przed odrzuceniem  z lękiem przed bliskością łączą się w tym jednym stylu relacyjnym.

Jak to jest w stylu borderline?

Dwa ogromne lęki istnienia – lęk przed separacją i strach przed powierzeniem się, wynikające z doświadczeń osoby ze stylem borderline, stają się przeżyciami niemożliwymi do pogodzenia. Strach przed zależnością i strach przed opuszczeniem. Objawy te ujawniają niemożność pełnego i płynnego spotkania z drugim człowiekiem. Relacje osób z tym stylem, oscylują między skrajną zależnością a ostentacyjną niezależnością. Strach przed byciem pochłoniętym i strach przed byciem porzuconym stają się przeżyciami współistniejącymi jednocześnie i nie do pogodzenia, które biorą górę w relacji.

Nie jest możliwe dla takich osób pogodzenie skrajnych uczuć: „Jeśli mnie tak bardzo kochasz, dlaczego się gniewasz?” Niestabilność i ambiwalencja towarzyszą takim relacjom. Z tego tła rodzi się wiele problemów. Relacje uczuciowe jakie nawiązują osoby ze stylem borderline są bardzo skomplikowane. Osobom wokół nich trudno zrozumieć, jak znaleźć odpowiednią odległość od nich. Osoby ze stylem borderline w relacjach przechodzą łatwo od idealizacji do dewaluacji drugiego: jedno „złe”zachowanie osoby, którą idealizują destrukturyzuje ich świat. W jednej chwili kochają, by za chwilę nienawidzić, bo ktoś zachował się według nich źle.

Obydwa te style relacyjne narcystyczny i borderline powodują, iż z pewnością relacje z drugim człowiekiem nie będą satysfakcjonujące. I dla osób z tym stylem jak i dla ich towarzyszy życia.

***

Po wpisie A jeśli mnie odrzuci, dostałam listy z pytaniami jak sobie radzić, co zrobić? Nie ma jednej odpowiedzi. Jeśli coś nas trapi, warto zatrzymać się na tym, pobadać jak to się objawia, jak się wtedy czuję gdy pojawia się ten lęk na przykład, gdzie to czuję, jakie myśli skojarzenia pojawiają się wtedy kiedy to się pojawia, spróbować poszukać odpowiedzi czy to uczucie, lęk jest z tego miejsca gdzie jesteśmy czy pochodzi z innego miejsca w przeszłości. I co ważne nie uciekać przed tym uczuciem, nawet jak jest niewygodne. Nawet jak będziemy uciekać i tak to co niewyrażone, będzie chciało się ujawnić. Tym mocniej, im bardziej będziemy przed tym uciekać.  I ujawni się, tyle że może w jakiejś innej postaci, a my nie będziemy wiedzieć co się z nami dzieje. Warto być w prawdzie ze sobą.

A w tym wpisie starałam się pokazać, że te dwa z pozoru nie do pogodzenia ogromne lęki mogą występować jednocześnie u jednej osoby.

Dołączam piosenkę U2 „With or without you”, która w pewien sposób oddaje te sprzeczności, o których napisałam dzisiaj. Znam tę piosenkę dobrze. U2 to moi idole, ale pomysł, że oddaje ona temat sprzeczności psychologicznych kupiłam od włoskiego terapeuty, nauczyciela, który uczył m.in. także mnie. Giovanni dziękuję.

 

Czyli o mechanizmach zakłócenia kontaktu ciąg dalszy. Jak to sobie robimy, że nie jesteśmy szczęśliwi i zdrowi.

 

***

Tłumienie, powstrzymywanie, kontrola

Mechanizm, który zakłóca kontakt ze sobą i z innymi poprzez powstrzymywanie, kontrolę emocji, własnego zachowania, działania to retrofleksja. Retrofleksja jest w pewnym sensie zjawiskiem naturalnym i przydatnym. Pamięć przeszłych doświadczeń, która skłania nas do powstrzymania się od działania w chwili obecnej, może oszczędzić nam przykrych konsekwencji. Niekontrolowane wyrażenie emocji, gwałtowne zachowania, pełne otwarcie i entuzjazm w kontakcie z nieznaną osobą mogłyby przysporzyć nam kłopotów i narazić na nieprzyjemne czy nawet groźne sytuacje. Żadnej pracy nie utrzymalibyśmy, gdybyśmy nie korzystali z retrofleksji i wygarniali wszystko jak leci i o czym myślimy szefowi.

Tak jak i w przypadku innych mechanizmów unikania kontaktu, nie chodzi o to, aby retrofleksji nie stosować w ogóle. Istotne staje się pytanie, czemu służy nam powstrzymywanie emocji, działania, pragnień, w jakiej sytuacji się pojawia i czy jest stale występującą tendencją do reagowania w kontakcie z otoczeniem. W takim wymiarze retrofleksja to tłumienie swoich uczuć np. złości, gniewu, pożądania. Znoszę sytuację zaciskając zęby. Aż w końcu na przykład somatyzuję te przeciwności, aż nabawię się wrzodów żołądka czy też innych chorób. Według niektórych teorii większość chorób może wiązać się z „powstrzymywaniem akcji”, co gromadzi w organizmie toksyczne hormony stresu. Retrofleksja jest skierowaniem do wewnątrz tego, co miało być skierowane na zewnątrz. Wycofujemy wtedy energię i kierujemy ją przeciwko sobie. Zamiast wyrazić swoje uczucia, pragnienia, zatrzymujemy je w sobie, nie komunikujemy tego na zewnątrz. Zostają w nas tłumione emocje, niewypowiedzianie potrzeby, pragnienia, a także to czego nie chcemy, a lękamy się powiedzieć o tym. Możemy być pełni bólu, cierpienia i złości i nie decydujemy się tego wyrazić. Własna energia jest używana do powstrzymywania się przed działaniem, a nie do działania. Aż w końcu problemem może stać się nadmiar frustracji. Unikamy w ten sposób kontaktu.

Gdzie to jest w ciele?

Fizycznie retrofleksja manifestuje się w formie kurczenia się, kulenia. Wskutek tego mogą pojawiać się bóle głowy, pleców, sztywność karku i stawów, zaparcia. Dalszymi  masywnymi skutkami retrofleksji mogą być złość, nienawiść do siebie, depresja, poczucie mniejszej wartości, hipochondria.

Bój się i rób

Powstrzymywanie się przed wyrażeniem siebie, swoich uczuć, pragnień, utrzymaniem granic może być powodowane lękiem, albo może chronić przed lękiem kiedy obawiamy się sięgać do otoczenia po to czego pragniemy. To takie na przykład zdania: a nóż widelec, nie uda się – to lepiej nie sięgnę; albo jak wyrażę, to co trudne np. złość – odrzuci mnie, obrazi się;  albo jak ujawnię, że potrzebuję i chcę więcej od ciebie to mnie zostawisz. Ryzykujemy wyrażeniem siebie, ale czy pozostawanie z tym czego nie chcemy, jest lepsze? Boisz się wyrazić swoje uczucia? Bój się i rób 🙂

Ruch naprzód jest przeciwieństwem retrofleksji. To ruch kiedy wykorzystujemy ekspresyjną, ludzką moc jaką każdy z nas posiada, by wywoływać określone zdarzenia, oddawać się światu i otrzymywać coś od świata.

Pytanie do rozważenia: czy służy ci zatrzymywanie, tłumienie, twoich uczuć, pragnień?

***

p.s. 1 . Do poprzedniego odcinka o zakłóceniach kontaktu w postaci konfluencji – zlewania się, stapiania,  polecam film W. Allena „Zelig”. Bohater historii Leonard Zelig cierpiał na niezbadaną wcześniej chorobę psychiczną. Przebywając w otoczeniu określonej grupy osób (np. lekarzy, Greków, czarnych), niemal automatycznie przyjmował charakterystyczny dla tej grupy sposób zachowania, a dodatkowo upodabniał się do swoich towarzyszy fizycznie. Trafia do kliniki psychiatrycznej, gdzie zajmuje się nim młoda i ambitna lekarka, dr Fletcher. Co z tego wyniknie może wiecie, a jeśli nie, polecam, obejrzyjcie.

p.s. 2. Słucham teraz radio classic, a tam już Cicha noc… No chyba ciut za wcześnie. Dołączam Summer wine z kochanym Bono, który w tym wykonaniu, mam wrażenie, że ma niższy głos 🙂

 

Czyli jak to robimy, mówiąc po prostu, że nie jesteśmy zdrowi i szczęśliwi.

 

***

W psychoterapii Gestalt istnieje pojęcie mechanizmów unikania/zakłócenia/przerwania kontaktu. To nic innego jak nasze sposoby działania, funkcjonowania, które mogą utrudniać zaspokajanie potrzeb w naturalny sposób. Powodują że nie mamy satysfakcjonujących relacji z innymi, że zakłócamy relację ze sobą. Powtarzane schematycznie nie przybliżają nas do bardziej satysfakcjonującego życia, tylko wręcz oddalają. Mechanizmy unikania kontaktu zachodzą na poziomie kontaktu z drugim człowiekiem, jak i na poziomie kontaktu ze sobą. I pytanie brzmi jak to się dzieje, jak to robię, jak zakłócam naturalny przepływ w kontakcie z innymi, ze sobą? Próbą odpowiedzi na to pytanie jest właśnie koncepcja mechanizmów unikania kontaktu. Każdy z nas używa różnych mechanizmów zakłócenia kontaktu, ale przeważnie jeden czy dwa są wiodące. Chciałabym przybliżyć w tym wpisie i kolejnych jak wyglądają te mechanizmy i jak ich używanie się przejawia w różnych sytuacjach. Kiedy są przydatne, a kiedy utrudniają nam kontakt z innymi i ze sobą. No to zaczynamy.

Konfluencja

Konfluencja – bycie zależnym, symbiotycznym, stopionym/zlanym z kimś/czymś, niewyodrębnionym. Tak konfluencja jak i wszystkie inne mechanizmy unikania kontaktu mają swój pozytywny wymiar. Bez konfluencji nie ma zakochania, nie ma satysfakcjonującego seksu – gdzie jest kompletna konfluencja, nawet nie wiadomo gdzie jedna osoba się zaczyna, a druga kończy. Konfluencja jest patologiczna, kiedy przestaję istnieć odrębnie, indywidualnie. To ten rodzaj „my” gdzie za dobre uważane jest tylko to co robimy wspólnie. Robimy wszystko razem, mamy tych samych przyjaciół i takie same zainteresowania. A każde odstępstwo od ustalonej wspólnoty nie jest mile widziane, a nawet może podlegać karaniu jednej osoby przez drugą poprzez pozbawianie miłości, skargi, chorobę, groźby samobójstwa. To jest ten rodzaj my, które zawęża przestrzeń życiową, więzienie we dwoje. Na tym polega konfluencja, zlewanie się, stapianie.

Innym rodzajem my, jest taki kontakt między dwoma osobami, które pozostają indywidualnościami. Wiem czego ja chcę. Ja jestem za siebie odpowiedzialna/y. Ja myślę, czuję, robię coś dla siebie. Ty wiesz czego ty chcesz. Jesteś za siebie odpowiedzialna/y. Ty myślisz, czujesz, i robisz coś dla siebie. Mówię ci o swoich pragnieniach, o tym co chcę robić z tobą i bez ciebie. Czego ty chcesz? Czego ty pragniesz? Lubię być sam/a, ale lubię też być z tobą. Kiedy jednak jestem z tobą, to nie z poczucia obowiązku, ale dlatego, że chcę.

Konfluencja tylko w parze?

Przeżywanie konfluencji może występować nie tylko w parach. To także wchodzenie w taki rodzaj kontaktu, gdzie nie indywidualizujemy się w przyjaźniach, relacjach koleżeńskich, relacjach w pracy, zespole, a także z rodzicami. Naturalna jest konfluencja matki z dzieckiem w pierwszych okresach życia. W ciągu dwóch lat po urodzeniu, wytwarzamy w sobie możliwość separacji i rozróżnienia. Stan konfluencji jest prymitywnym stanem człowieka. Przedłużona nienaturalnie konfluencja przez matki w szczególności, przechodzi w niezdrowe zachowania, czasem nawet w dorosłości dziecka. Potocznie mówi się o „nie odpępowieniu”.

Z jakiego powodu pozostajemy w konfluencji?

Jednym z motywów podtrzymujących konfluencję jest lęk przed indywiduacją i zróżnicowaniem. W konfluencji osobiste istnienie, egzystencja jest na drugim planie – osoba  przeżywa lęk przed niezależnością. Uświadomienie sobie własnych pragnień oznacza przyjęcie perspektywy pierwszej osoby- stanie się Ja. Konfluencja czyli utrzymywanie braku zróżnicowania między organizmem, a środowiskiem usuwa niejako to zagrożenie. Odcięcie się od własnych pragnień, odczuć, od wyrażania własnego zdania pozwala na bycie nieświadomym siebie, na doświadczanie mgły, zamazania, nieostrości. Nie wyrażam swoich pragnień, ale i unikam ryzyka, także konfrontacji z otoczeniem kiedy sięgnę po swoje. Konfluencja to z jednej perspektywy zlanie, a z drugiej rozwód z samym sobą. Kiedy jednak jestem z kimś w kontakcie gdzie Ja spotyka się z Ty, gdzie badamy różnice, podobieństwa, gdzie jest miejsce na indywiduację, mogę czuć siebie, nawet jak jestem z tobą.

Praca nad konfluencją to praca nad rozróżnianiem, praca nad rozwojem świadomości siebie, swoich uczuć, pragnień, stanów psychologicznych. Żeby o czymś zadecydować musisz wiedzieć co czujesz, czego pragniesz, widzieć różnicę pomiędzy tym czego ty pragniesz, a czego pragnie drugi człowiek. I pytanie do refleksji – które części ciebie są tak ważne, że lepiej jest wybrać inną drogę niż się ich wyrzec.

**

 

Jeszcze smutek czy już depresja?

Patrycja Balicka21 listopada 2020Komentarze (0)

Smutek czy depresja? Kiedy to co często  potocznie nazywamy depresją jest jeszcze smutkiem? Jak odróżnić te dwa stany? Czy stan pogłębionego smutku jest adekwatny do sytuacji czy to już depresja?

 

***

„Jesteś depresyjna”, „Po tym co mi powiedział mam depresję”, „Jeszcze moment i będę mieć depresję” – znamy te teksty. Sami je mówimy, albo słyszymy o sobie od innych. Z jednej strony posiadamy coraz więcej informacji o depresji, o niebezpieczeństwie tej choroby, która może doprowadzić do śmierci. Dlatego też nierozpoznanie tej choroby może być groźne. Z drugiej strony termin depresja spowszedniał, jest niejako synonimem emocji smutku. A smutek w dzisiejszych czasach nie jest mile widziany. Jest niewygodny. W obecnym świecie, w którym jako wartości jawią się piękny, młody wygląd, świetne samopoczucie, sukcesy, luksusowe dobra, człowieka smutnego należy się wystrzegać. Smutek nie jest lubiany, także dlatego , że smutni ludzie o czymś przypominają. Także o tym, że wszystko ma swój koniec. A jak zarazi nas taki smutny?! Smutny jest jak trędowaty.

Psychiatryzacja smutku

Wydaje się , że obecnie postępuje powszechna medykalizacja. To co kiedyś było cechą dzisiaj może być nazwane chorobą. Zarówno w sferze psychicznej jak i fizycznej. Jesteś nieśmiały? A to pewnie zaburzenia lękowe. Dziecko jest krnąbrne – ma ADHD. Masz wątłe rzęsy? Pewnie na to też jest już nazwa. Co robi medykalizacja? Z jednej strony jest tendencją do szybkiego usunięcia objawów. Bierzesz pigułkę i już nie jesteś nieśmiały, masz długie rzęsy. A dziecku dajesz pigułkę i jesteś zwolniony z jego wychowywania. Coraz bardziej nie chcemy mierzyć się z trudnościami, nie chcemy przeżywać niechcianych emocji, chcemy je szybko usuwać. Tak jak smutku chcemy się pozbyć, albo inni wywierają na nas taką presję. Świat przyspiesza w każdym wymiarze, przeżywania smutku także. Sami siebie poganiamy i inni nas poganiają. No ile będziesz się jeszcze smucić? Ile czasu wolno mi się smucić na przykład po utracie kogoś bliskiego? Zmedykalizowany świat w postaci DSM – klasyfikacji zaburzeń zakłada, że istnieje coś takiego, jak normalna zdrowa żałoba, i że ma ona określony czas trwania. I ten czas jest piekielnie krótki. Kiedyś to był rok, obecnie dwa tygodnie. Czyli jak po stracie bliskiego smucę się dłużej niż ten wyliczony czas, to jestem chora?

Nie chcę powiedzieć, że depresja nie istnieje. Istnieje i jest jej coraz więcej. Także z powodu wielości wymagań wobec człowieka, pędu życia, zaniku relacji, odosobnienia. Tyle, że nie da się złapać depresji w sztywne ramy i mówić: jak masz 5 z 8 objawów to masz depresję, a jak masz 4 objawy to nie masz depresji,  więc weź się w garść, rozchmurz się, nie rycz, nie marudź.

Przeżywasz smutek? Zatrzymaj się

Jeśli jesteśmy smutni, najpierw dobrze jest zatrzymać się i odpowiedzieć na pytanie czy smutek, który przeżywam jest w odpowiedzi na wydarzenie egzystencjalne? Czy mój smutek jest adekwatny do tego co się wydarzyło, czy nosi znamiona choroby? Nie ma sztywnej odpowiedzi na pytanie czy stan smutku jest jeszcze smutkiem, odpowiedzią na wydarzenie, czy jest to już depresja. Nie ma jasnej różnicy między tymi stanami. Rozróżnienie tych stanów utrudnia także to, że smutek jest jednym z symptomów depresji.

Jeśli  zdecydujemy się uwolnić się od niewygodnego uczucia smutku, przy pomocy medycyny to co się właściwie dzieje? Nie dowiemy się co ten smutek ważnego miał nam do przekazania.  Co stało za smutkiem, jakie potrzeby niezaspokojone, frustracje czy straty. Tak naprawdę stracimy coś ważnego, jeśli medycynie oddamy odpowiedzialność za siebie. Rezygnujemy wtedy z poczucia sprawczości, uprzedmiatawiamy się. Pozbędziemy się smutku, ale może też odsuniemy od siebie powody jego powstania. Na przykład rozstanie z kimś i jego przyczyny, nieprzepracowane problemy w związku, niesatysfakcjonującą pracę, problemy z dziećmi, rodzicami, rodzeństwem, szefem, samotność, odsuniemy to wszystko poprawiając sobie samopoczucie lekami. A te tematy nie znikną. Tyle, że oddając się w ręce medycyny tracimy poczucie sprawczości we własnym życiu. A poczucie sprawczości, poczucie że moje życie zależy ode mnie jest jednym z podstawowych elementów decydujących o zadowoleniu z siebie, własnego życia.

Zarówno nierozpoznanie choroby depresji jak i medykalizacja smutku są niekorzystne. W tym drugim przypadku wydaje się to mniej spektakularne w skutkach, ale w dłuższej perspektywie może prowadzić paradoksalnie do depresji. Jeśli nie potrafię sobie poradzić ze smutkiem, a sytuacje go wywołujące tak czy tak będą mnie w życiu spotkać, bo tak po prostu jest, to co zrobię kolejnym razem? Czy przyjmę to co przychodzi, przepracuję, przebuduję siebie czy też będę chować się przed niechcianymi emocjami  i uciekać.

Smutek się wysmuci

Smutek się wysmuci, przeminie, jeśli pozwolimy mu być. A kontakt z tym uczuciem to kontakt z tym co nas boli, gniecie, z czym może czas się w końcu zmierzyć. Nie każdy smutek jest depresją. Jeśli  jednak smutek pogłębia się, dołączają inne objawy, które cię niepokoją skonsultuj się z psychoterapeutą, psychologiem. Badamy wtedy skąd pochodzi, jak długo trwa, jak wpływa na funkcjonowanie osoby w życiu osobistym, zawodowym, społecznym i jakie są skutki życiowe przeżywania tego smutku. To pozwala lepiej rozpoznać stan osoby i dostosować pomoc psychoterapeutyczną lub ewentualną konieczność konsultacji z psychiatrą. Sięgaj po pomoc i wsparcie, także w przeżywaniu smutku. Nie chodzi o to, aby się umęczyć. Sięganie po pomoc, wsparcie jest także przejawem odpowiedzialności za własne życie – swoje samopoczucie. Wszystko co się w tobie pojawia, także te trudne emocje są pewną informacją. Unikając ich, unikasz kontaktu ze sobą.

***

A to kilka fotek zrobionych niedawno: 1/ wystawa, na którą wybierałam się z Przyjaciółką, a ze względu na obecny stan epidemii pocałowałyśmy tylko klamkę i zostało nam oglądanie afiszu na słupie; 2/ smutny pusty rynek – zgadnij gdzie?; 3/ Kopernik w masce – upss, 4/ Jak być człowiekiem – no właśnie…, co za tytuł!, zdjęcie książki zrobione przez szybę zamkniętej księgarni.