Patrycja Balicka

Kobieta, córka, matka, przyjaciółka i psychoterapeutka.
[Więcej >>>]

Skontaktuj się!

Czyli o mechanizmach zakłócenia kontaktu ciąg dalszy. Jak to sobie robimy, że nie jesteśmy szczęśliwi i zdrowi.

 

***

Tłumienie, powstrzymywanie, kontrola

Mechanizm, który zakłóca kontakt ze sobą i z innymi poprzez powstrzymywanie, kontrolę emocji, własnego zachowania, działania to retrofleksja. Retrofleksja jest w pewnym sensie zjawiskiem naturalnym i przydatnym. Pamięć przeszłych doświadczeń, która skłania nas do powstrzymania się od działania w chwili obecnej, może oszczędzić nam przykrych konsekwencji. Niekontrolowane wyrażenie emocji, gwałtowne zachowania, pełne otwarcie i entuzjazm w kontakcie z nieznaną osobą mogłyby przysporzyć nam kłopotów i narazić na nieprzyjemne czy nawet groźne sytuacje. Żadnej pracy nie utrzymalibyśmy, gdybyśmy nie korzystali z retrofleksji i wygarniali wszystko jak leci i o czym myślimy szefowi.

Tak jak i w przypadku innych mechanizmów unikania kontaktu, nie chodzi o to, aby retrofleksji nie stosować w ogóle. Istotne staje się pytanie, czemu służy nam powstrzymywanie emocji, działania, pragnień, w jakiej sytuacji się pojawia i czy jest stale występującą tendencją do reagowania w kontakcie z otoczeniem. W takim wymiarze retrofleksja to tłumienie swoich uczuć np. złości, gniewu, pożądania. Znoszę sytuację zaciskając zęby. Aż w końcu na przykład somatyzuję te przeciwności, aż nabawię się wrzodów żołądka czy też innych chorób. Według niektórych teorii większość chorób może wiązać się z „powstrzymywaniem akcji”, co gromadzi w organizmie toksyczne hormony stresu. Retrofleksja jest skierowaniem do wewnątrz tego, co miało być skierowane na zewnątrz. Wycofujemy wtedy energię i kierujemy ją przeciwko sobie. Zamiast wyrazić swoje uczucia, pragnienia, zatrzymujemy je w sobie, nie komunikujemy tego na zewnątrz. Zostają w nas tłumione emocje, niewypowiedzianie potrzeby, pragnienia, a także to czego nie chcemy, a lękamy się powiedzieć o tym. Możemy być pełni bólu, cierpienia i złości i nie decydujemy się tego wyrazić. Własna energia jest używana do powstrzymywania się przed działaniem, a nie do działania. Aż w końcu problemem może stać się nadmiar frustracji. Unikamy w ten sposób kontaktu.

Gdzie to jest w ciele?

Fizycznie retrofleksja manifestuje się w formie kurczenia się, kulenia. Wskutek tego mogą pojawiać się bóle głowy, pleców, sztywność karku i stawów, zaparcia. Dalszymi  masywnymi skutkami retrofleksji mogą być złość, nienawiść do siebie, depresja, poczucie mniejszej wartości, hipochondria.

Bój się i rób

Powstrzymywanie się przed wyrażeniem siebie, swoich uczuć, pragnień, utrzymaniem granic może być powodowane lękiem, albo może chronić przed lękiem kiedy obawiamy się sięgać do otoczenia po to czego pragniemy. To takie na przykład zdania: a nóż widelec, nie uda się – to lepiej nie sięgnę; albo jak wyrażę, to co trudne np. złość – odrzuci mnie, obrazi się;  albo jak ujawnię, że potrzebuję i chcę więcej od ciebie to mnie zostawisz. Ryzykujemy wyrażeniem siebie, ale czy pozostawanie z tym czego nie chcemy, jest lepsze? Boisz się wyrazić swoje uczucia? Bój się i rób 🙂

Ruch naprzód jest przeciwieństwem retrofleksji. To ruch kiedy wykorzystujemy ekspresyjną, ludzką moc jaką każdy z nas posiada, by wywoływać określone zdarzenia, oddawać się światu i otrzymywać coś od świata.

Pytanie do rozważenia: czy służy ci zatrzymywanie, tłumienie, twoich uczuć, pragnień?

***

p.s. 1 . Do poprzedniego odcinka o zakłóceniach kontaktu w postaci konfluencji – zlewania się, stapiania,  polecam film W. Allena „Zelig”. Bohater historii Leonard Zelig cierpiał na niezbadaną wcześniej chorobę psychiczną. Przebywając w otoczeniu określonej grupy osób (np. lekarzy, Greków, czarnych), niemal automatycznie przyjmował charakterystyczny dla tej grupy sposób zachowania, a dodatkowo upodabniał się do swoich towarzyszy fizycznie. Trafia do kliniki psychiatrycznej, gdzie zajmuje się nim młoda i ambitna lekarka, dr Fletcher. Co z tego wyniknie może wiecie, a jeśli nie, polecam, obejrzyjcie.

p.s. 2. Słucham teraz radio classic, a tam już Cicha noc… No chyba ciut za wcześnie. Dołączam Summer wine z kochanym Bono, który w tym wykonaniu, mam wrażenie, że ma niższy głos 🙂

 

Czyli jak to robimy, mówiąc po prostu, że nie jesteśmy zdrowi i szczęśliwi.

 

***

W psychoterapii Gestalt istnieje pojęcie mechanizmów unikania/zakłócenia/przerwania kontaktu. To nic innego jak nasze sposoby działania, funkcjonowania, które mogą utrudniać zaspokajanie potrzeb w naturalny sposób. Powodują że nie mamy satysfakcjonujących relacji z innymi, że zakłócamy relację ze sobą. Powtarzane schematycznie nie przybliżają nas do bardziej satysfakcjonującego życia, tylko wręcz oddalają. Mechanizmy unikania kontaktu zachodzą na poziomie kontaktu z drugim człowiekiem, jak i na poziomie kontaktu ze sobą. I pytanie brzmi jak to się dzieje, jak to robię, jak zakłócam naturalny przepływ w kontakcie z innymi, ze sobą? Próbą odpowiedzi na to pytanie jest właśnie koncepcja mechanizmów unikania kontaktu. Każdy z nas używa różnych mechanizmów zakłócenia kontaktu, ale przeważnie jeden czy dwa są wiodące. Chciałabym przybliżyć w tym wpisie i kolejnych jak wyglądają te mechanizmy i jak ich używanie się przejawia w różnych sytuacjach. Kiedy są przydatne, a kiedy utrudniają nam kontakt z innymi i ze sobą. No to zaczynamy.

Konfluencja

Konfluencja – bycie zależnym, symbiotycznym, stopionym/zlanym z kimś/czymś, niewyodrębnionym. Tak konfluencja jak i wszystkie inne mechanizmy unikania kontaktu mają swój pozytywny wymiar. Bez konfluencji nie ma zakochania, nie ma satysfakcjonującego seksu – gdzie jest kompletna konfluencja, nawet nie wiadomo gdzie jedna osoba się zaczyna, a druga kończy. Konfluencja jest patologiczna, kiedy przestaję istnieć odrębnie, indywidualnie. To ten rodzaj „my” gdzie za dobre uważane jest tylko to co robimy wspólnie. Robimy wszystko razem, mamy tych samych przyjaciół i takie same zainteresowania. A każde odstępstwo od ustalonej wspólnoty nie jest mile widziane, a nawet może podlegać karaniu jednej osoby przez drugą poprzez pozbawianie miłości, skargi, chorobę, groźby samobójstwa. To jest ten rodzaj my, które zawęża przestrzeń życiową, więzienie we dwoje. Na tym polega konfluencja, zlewanie się, stapianie.

Innym rodzajem my, jest taki kontakt między dwoma osobami, które pozostają indywidualnościami. Wiem czego ja chcę. Ja jestem za siebie odpowiedzialna/y. Ja myślę, czuję, robię coś dla siebie. Ty wiesz czego ty chcesz. Jesteś za siebie odpowiedzialna/y. Ty myślisz, czujesz, i robisz coś dla siebie. Mówię ci o swoich pragnieniach, o tym co chcę robić z tobą i bez ciebie. Czego ty chcesz? Czego ty pragniesz? Lubię być sam/a, ale lubię też być z tobą. Kiedy jednak jestem z tobą, to nie z poczucia obowiązku, ale dlatego, że chcę.

Konfluencja tylko w parze?

Przeżywanie konfluencji może występować nie tylko w parach. To także wchodzenie w taki rodzaj kontaktu, gdzie nie indywidualizujemy się w przyjaźniach, relacjach koleżeńskich, relacjach w pracy, zespole, a także z rodzicami. Naturalna jest konfluencja matki z dzieckiem w pierwszych okresach życia. W ciągu dwóch lat po urodzeniu, wytwarzamy w sobie możliwość separacji i rozróżnienia. Stan konfluencji jest prymitywnym stanem człowieka. Przedłużona nienaturalnie konfluencja przez matki w szczególności, przechodzi w niezdrowe zachowania, czasem nawet w dorosłości dziecka. Potocznie mówi się o „nie odpępowieniu”.

Z jakiego powodu pozostajemy w konfluencji?

Jednym z motywów podtrzymujących konfluencję jest lęk przed indywiduacją i zróżnicowaniem. W konfluencji osobiste istnienie, egzystencja jest na drugim planie – osoba  przeżywa lęk przed niezależnością. Uświadomienie sobie własnych pragnień oznacza przyjęcie perspektywy pierwszej osoby- stanie się Ja. Konfluencja czyli utrzymywanie braku zróżnicowania między organizmem, a środowiskiem usuwa niejako to zagrożenie. Odcięcie się od własnych pragnień, odczuć, od wyrażania własnego zdania pozwala na bycie nieświadomym siebie, na doświadczanie mgły, zamazania, nieostrości. Nie wyrażam swoich pragnień, ale i unikam ryzyka, także konfrontacji z otoczeniem kiedy sięgnę po swoje. Konfluencja to z jednej perspektywy zlanie, a z drugiej rozwód z samym sobą. Kiedy jednak jestem z kimś w kontakcie gdzie Ja spotyka się z Ty, gdzie badamy różnice, podobieństwa, gdzie jest miejsce na indywiduację, mogę czuć siebie, nawet jak jestem z tobą.

Praca nad konfluencją to praca nad rozróżnianiem, praca nad rozwojem świadomości siebie, swoich uczuć, pragnień, stanów psychologicznych. Żeby o czymś zadecydować musisz wiedzieć co czujesz, czego pragniesz, widzieć różnicę pomiędzy tym czego ty pragniesz, a czego pragnie drugi człowiek. I pytanie do refleksji – które części ciebie są tak ważne, że lepiej jest wybrać inną drogę niż się ich wyrzec.

**

 

Jeszcze smutek czy już depresja?

Patrycja Balicka21 listopada 2020Komentarze (0)

Smutek czy depresja? Kiedy to co często  potocznie nazywamy depresją jest jeszcze smutkiem? Jak odróżnić te dwa stany? Czy stan pogłębionego smutku jest adekwatny do sytuacji czy to już depresja?

 

***

„Jesteś depresyjna”, „Po tym co mi powiedział mam depresję”, „Jeszcze moment i będę mieć depresję” – znamy te teksty. Sami je mówimy, albo słyszymy o sobie od innych. Z jednej strony posiadamy coraz więcej informacji o depresji, o niebezpieczeństwie tej choroby, która może doprowadzić do śmierci. Dlatego też nierozpoznanie tej choroby może być groźne. Z drugiej strony termin depresja spowszedniał, jest niejako synonimem emocji smutku. A smutek w dzisiejszych czasach nie jest mile widziany. Jest niewygodny. W obecnym świecie, w którym jako wartości jawią się piękny, młody wygląd, świetne samopoczucie, sukcesy, luksusowe dobra, człowieka smutnego należy się wystrzegać. Smutek nie jest lubiany, także dlatego , że smutni ludzie o czymś przypominają. Także o tym, że wszystko ma swój koniec. A jak zarazi nas taki smutny?! Smutny jest jak trędowaty.

Psychiatryzacja smutku

Wydaje się , że obecnie postępuje powszechna medykalizacja. To co kiedyś było cechą dzisiaj może być nazwane chorobą. Zarówno w sferze psychicznej jak i fizycznej. Jesteś nieśmiały? A to pewnie zaburzenia lękowe. Dziecko jest krnąbrne – ma ADHD. Masz wątłe rzęsy? Pewnie na to też jest już nazwa. Co robi medykalizacja? Z jednej strony jest tendencją do szybkiego usunięcia objawów. Bierzesz pigułkę i już nie jesteś nieśmiały, masz długie rzęsy. A dziecku dajesz pigułkę i jesteś zwolniony z jego wychowywania. Coraz bardziej nie chcemy mierzyć się z trudnościami, nie chcemy przeżywać niechcianych emocji, chcemy je szybko usuwać. Tak jak smutku chcemy się pozbyć, albo inni wywierają na nas taką presję. Świat przyspiesza w każdym wymiarze, przeżywania smutku także. Sami siebie poganiamy i inni nas poganiają. No ile będziesz się jeszcze smucić? Ile czasu wolno mi się smucić na przykład po utracie kogoś bliskiego? Zmedykalizowany świat w postaci DSM – klasyfikacji zaburzeń zakłada, że istnieje coś takiego, jak normalna zdrowa żałoba, i że ma ona określony czas trwania. I ten czas jest piekielnie krótki. Kiedyś to był rok, obecnie dwa tygodnie. Czyli jak po stracie bliskiego smucę się dłużej niż ten wyliczony czas, to jestem chora?

Nie chcę powiedzieć, że depresja nie istnieje. Istnieje i jest jej coraz więcej. Także z powodu wielości wymagań wobec człowieka, pędu życia, zaniku relacji, odosobnienia. Tyle, że nie da się złapać depresji w sztywne ramy i mówić: jak masz 5 z 8 objawów to masz depresję, a jak masz 4 objawy to nie masz depresji,  więc weź się w garść, rozchmurz się, nie rycz, nie marudź.

Przeżywasz smutek? Zatrzymaj się

Jeśli jesteśmy smutni, najpierw dobrze jest zatrzymać się i odpowiedzieć na pytanie czy smutek, który przeżywam jest w odpowiedzi na wydarzenie egzystencjalne? Czy mój smutek jest adekwatny do tego co się wydarzyło, czy nosi znamiona choroby? Nie ma sztywnej odpowiedzi na pytanie czy stan smutku jest jeszcze smutkiem, odpowiedzią na wydarzenie, czy jest to już depresja. Nie ma jasnej różnicy między tymi stanami. Rozróżnienie tych stanów utrudnia także to, że smutek jest jednym z symptomów depresji.

Jeśli  zdecydujemy się uwolnić się od niewygodnego uczucia smutku, przy pomocy medycyny to co się właściwie dzieje? Nie dowiemy się co ten smutek ważnego miał nam do przekazania.  Co stało za smutkiem, jakie potrzeby niezaspokojone, frustracje czy straty. Tak naprawdę stracimy coś ważnego, jeśli medycynie oddamy odpowiedzialność za siebie. Rezygnujemy wtedy z poczucia sprawczości, uprzedmiatawiamy się. Pozbędziemy się smutku, ale może też odsuniemy od siebie powody jego powstania. Na przykład rozstanie z kimś i jego przyczyny, nieprzepracowane problemy w związku, niesatysfakcjonującą pracę, problemy z dziećmi, rodzicami, rodzeństwem, szefem, samotność, odsuniemy to wszystko poprawiając sobie samopoczucie lekami. A te tematy nie znikną. Tyle, że oddając się w ręce medycyny tracimy poczucie sprawczości we własnym życiu. A poczucie sprawczości, poczucie że moje życie zależy ode mnie jest jednym z podstawowych elementów decydujących o zadowoleniu z siebie, własnego życia.

Zarówno nierozpoznanie choroby depresji jak i medykalizacja smutku są niekorzystne. W tym drugim przypadku wydaje się to mniej spektakularne w skutkach, ale w dłuższej perspektywie może prowadzić paradoksalnie do depresji. Jeśli nie potrafię sobie poradzić ze smutkiem, a sytuacje go wywołujące tak czy tak będą mnie w życiu spotkać, bo tak po prostu jest, to co zrobię kolejnym razem? Czy przyjmę to co przychodzi, przepracuję, przebuduję siebie czy też będę chować się przed niechcianymi emocjami  i uciekać.

Smutek się wysmuci

Smutek się wysmuci, przeminie, jeśli pozwolimy mu być. A kontakt z tym uczuciem to kontakt z tym co nas boli, gniecie, z czym może czas się w końcu zmierzyć. Nie każdy smutek jest depresją. Jeśli  jednak smutek pogłębia się, dołączają inne objawy, które cię niepokoją skonsultuj się z psychoterapeutą, psychologiem. Badamy wtedy skąd pochodzi, jak długo trwa, jak wpływa na funkcjonowanie osoby w życiu osobistym, zawodowym, społecznym i jakie są skutki życiowe przeżywania tego smutku. To pozwala lepiej rozpoznać stan osoby i dostosować pomoc psychoterapeutyczną lub ewentualną konieczność konsultacji z psychiatrą. Sięgaj po pomoc i wsparcie, także w przeżywaniu smutku. Nie chodzi o to, aby się umęczyć. Sięganie po pomoc, wsparcie jest także przejawem odpowiedzialności za własne życie – swoje samopoczucie. Wszystko co się w tobie pojawia, także te trudne emocje są pewną informacją. Unikając ich, unikasz kontaktu ze sobą.

***

A to kilka fotek zrobionych niedawno: 1/ wystawa, na którą wybierałam się z Przyjaciółką, a ze względu na obecny stan epidemii pocałowałyśmy tylko klamkę i zostało nam oglądanie afiszu na słupie; 2/ smutny pusty rynek – zgadnij gdzie?; 3/ Kopernik w masce – upss, 4/ Jak być człowiekiem – no właśnie…, co za tytuł!, zdjęcie książki zrobione przez szybę zamkniętej księgarni.

Gdybym była mężczyzną

Patrycja Balicka02 listopada 2020Komentarze (0)

„Gdybym była facetem,

pisałabym różne biblie,

nie pozwalałabym wam znaleźć pracy.

Zadbałabym o to, żebyście nie umieli czytać i nie mogli głosować.

Zakazałabym wam aborcji,

a dziecko mielibyście tylko za moją zgodą.

I nie moglibyście się nim zajmować.

Nie moglibyście robić wielu rzeczy.

Tak bym postąpiła będąc facetem,

żeby mieć pod kontrolą to,

co silniejsze ode mnie i czego nie rozumiem”.

Film Woman, Francja, 2019

 

***

Wspominałam już o tym filmie w innym moim wpisie. Dokument ten ukazuje prawdziwe oblicza kobiet, ich pragnienia i oczekiwania względem innych ludzi. Kim jest kobieta? Jakie są jej marzenia i nadzieje, a także największe lęki i blizny? Czego oczekuje od życia, społeczeństwa i mężczyzn? 2000 kobiet z 50 różnych krajów świata dzieli się przed kamerą swoimi historiami i opowiada o własnych doświadczeniach: od tych najbardziej intymnych aż po kulturowe. Dotykają przy tym szerokiej gamy problemów: seksualności, małżeństwa, macierzyństwa, przemocy domowej, gwałtu, wolności, zniewolenia, niezależności finansowej, wizerunku ciała, starości, miłości, złości i mądrości. Pomimo przeciwności losu, a czasami tragedii, jakie przeszły, wszystkie wyglądają promiennie, ponieważ w końcu mają szansę wyrazić siebie.  Niezależnie od tego skąd pochodzą i ile mają lat, ich doświadczenia rezonują ze sobą, nabierając uniwersalnego znaczenia. W ten sposób powstaje intymny i emocjonalny portret kobiet, które stanowią połowę ludzkości na Ziemi, a mimo to nadal poddawane są przemocy i niesprawiedliwości.

Nie będę pisała dalej o tym filmie. Poniżej zacytuję kilka wypowiedzi bohaterek. Do namysłu, dla kobiet i mężczyzn.

„Najważniejsze co zrobiłam w życiu to spotkanie z publicznością i powiedzenie: „Przetrwałam przemoc seksualną i handel żywym towarem”. A przecież pokonałam góry. Przebiegłam pustynię. Pobiłam rekord Guinessa w kategorii najdłuższy triatlon. 193 km wpław, 4719 km na rowerze i 1184 km pieszo. Ale nigdy w życiu nie bałam się bardziej niż przed tym pierwszym wystąpieniem. Wypowiedziałam pierwsze słowa i chciałam je cofnąć. Umierałam ze strachu. Ale wytrzymałam. Stałam się przez to lepsza i silniejsza. Chciałam zerwać zasłonę milczenia. Bo wiem, że to wszystko było możliwe wyłącznie dzięki tej ciszy. To w niej rozkwita przemoc. Kiedy jest zamilczana. Ludzie mówią, że ofiary nie mają głosu. Mamy! Tyle, że się nas nie słucha. Jesteśmy wyciszane”.

„Kobiety nie są słabe. Wprost przeciwnie. A ludzie myślą, że są słabe, bo to nie mężczyźni”.

„Jesteśmy silne dzięki swojej biologii, bo co miesiąc krwawimy. Bo chodzimy w ciąży, a to niełatwe. Bo wytrzymamy emocjonalnie bardzo wiele”.

„Kobiece ciało utrudnia mi życie”.

„Jako kobieta czuję się czasem bezbronna, w sensie fizycznym od mężczyzny, który może mnie zaatakować, przyczepić się w metrze, mówić do mnie jakbym była śmieciem”.

„Na wsi nie było przedszkola. Więc naukę rozpoczęłam od szkoły podstawowej. Uwielbiałam się uczyć. Moja rodzina nie była zamożna. Byłam w 6 klasie, dziewięć klas nie było jeszcze obowiązkowe, a mieliśmy mało pieniędzy. Mama dała mi do zrozumienia, że jeśli mój brat dostanie się do szkoły średniej, nie będę mogła uczyć się dalej. Gdybym płakała, walczyła o swoje, może by się zgodziła… (Bohaterka płacze). Opowiadałam tę historię wiele razy…., ale zawsze mówiąc o tym czuję ogromny smutek”.

„Ponieważ jesteś dziewczynką”. Po wycięciu łechtaczki 5 letniej dziewczynce przez inne kobiety, ona pyta wujka: dlaczego?!!!! Ponieważ jesteś dziewczynką.

„Opowiem o pierwszym dniu w pracy. Mąż był w domu, bo nie miał gdzie mieszkać. Żyliśmy już w separacji. Gdy szłam pierwszy raz do pracy, wstał razem ze mną.

– Dokąd się wybierasz – pyta.

– Nie twoja sprawa. Jak chcesz wiedzieć, jadę do pracy. Zdębiał! Kto ci dał robotę? Nie – gdzie znalazłaś pracę? Myślał, że nikt mnie nie zatrudni. Odpowiedziałam: Będę dekorować wypieki u pani Sarah. Ta zszokowana mina! Już dla niej samej było warto!”.

***

Tak, było warto. Chociażby dla samych min niektórych, było warto. Po to by nie dać się uciszyć. W ciszy rodzi się przemoc.

Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

 

„Jeżeli miłość oznacza dla nas cierpienie, kochamy za bardzo. Jeżeli z przyjaciółmi rozmawiamy głównie o nim, o jego problemach, jego poglądach, jego uczuciach; jeżeli prawie każda nasza wypowiedź rozpoczyna się słowem „on”, kochamy za bardzo.

Jeżeli wciąż rozgrzeszamy go ze złych humorów, znieczulicy, przykrego usposobienia, wybuchów złości, kładąc wszystko na karb nieszczęśliwego dzieciństwa; jeżeli staramy się być terapeutką, kochamy za bardzo.

Jeżeli w trakcie lektury jakiegoś poradnika zakreślamy ustępy, które mogą mu się okazać przydatne, kochamy za bardzo.

Jeżeli nie lubimy jego charakteru, zachowania i postaw, a zarazem sądzimy, że zechce się dla nas zmienić, jeśli tylko będziemy dość atrakcyjne i czułe, kochamy za bardzo.

Jeśli związek z nim naraża na szwank naszą równowagę emocjonalną, a nawet nasze zdrowie i bezpieczeństwo, z pewnością kochamy za bardzo”.

Robin Norwood, Kobiety, które kochają za bardzo

***

Robin Norwood analizuje w swojej książce przyczyny, dla których kobiety angażują się w destrukcyjne uczucia do niedojrzałych emocjonalnie mężczyzn. Ten fragment, który zamieściłam powyżej jest oczywiście zbyt płytki, aby na jego podstawie cokolwiek wnioskować. Dla mnie, on pokazuje dysproporcję pomiędzy kochaniem kogoś, a siebie. Jeśli tak bardzo angażujemy się w kogoś i zapełnia nam to całą przestrzeń, to nie ma nas, znikamy. Tyle, że to nie zaczyna się od kochania kogoś za bardzo, to zaczyna się od nie kochania siebie. I to jest mój pogląd na ten temat, że nie tyle kobieta kocha za bardzo kogoś ile za mało, lub wcale nie kocha siebie. I tu jest pies pogrzebany.

Gdyby mnie było więcej, gdybym nie znikała, gdybym uznawała siebie i swoje potrzeby, nie mógłbyś stać się całym moim światem…

Kochać za bardzo, to nie znaczy kochać zbyt wiele, zbyt często czy zbyt głęboko. Kochać za bardzo, to na przykład kochać kogoś i nie móc odejść choć ma to rujnujące skutki dla zdrowia, równowagi psychicznej; to pozwalać się niszczyć, to czekać  na gesty miłości, które pojawiają się czasem; to bać się wyrażać własne potrzeby aby nie być zostawioną; to zadowalać się małymi kąskami, aby tylko był; to czekać mimo, że nic nie wskazuje na to, że będzie inaczej; to wciąż wybaczać i karmić się słowami, a nie czynami itd. To tak naprawdę wyzbyć się siebie, nie zważać na siebie, nie kochać siebie wystarczająco. A wtedy wszystkim będzie ten drugi.

Jak to jest znikać?

Kochanie za bardzo nie jest przypadkowe. Z czegoś to wynika. Przyczyn szukamy w dzieciństwie. Konstelacje mogą być oczywiście różne. To kilka cech i powodów, dla których kobieta znika, nie kocha siebie wystarczająco:

– wychowywała się w rodzinie, która nie zaspokajała jej potrzeb emocjonalnych,

– może nawet świat nie uznał jej istnienia, może była niechcianym dzieckiem, albo rodzice spodziewali się chłopca,

– sama pozbawiona troski i wsparcia paradoksalnie staje się czyjąś opiekunką, najczęściej mężczyzny, który sprawia wrażenie potrzebującego. W ten sposób daje to czego sama potrzebuje. Wie jak boli brak troski i wsparcia i potrafi to oferować innym. Sobie nie.

– rodzice byli niedostępni, więc silnie reaguje na kogoś kto jest uczuciowo niedostępny. Chce dopełnić to co nie wydarzyło się w dzieciństwie. Może tym razem się uda. To przymus powtarzania, o którym już pisałam.  Polega on na tym, że ogólnie rzecz biorąc, wybieramy nie to, co dobre, ale to, co znamy – nawet jeśli jest dla nas przykre i niekorzystne. Pakujemy się w związki z niewłaściwymi mężczyznami. Z kobietami, które okazują się przeciwieństwem tego, na co się zapowiadały. Wybieramy pracodawców, którzy nas źle traktują. Nietrafione inwestycje. Przymus powtarzania bywa silniejszy niż druga zasada, która organizuje nasze życie, czyli zasada przyjemności – mówił sto lat temu Freud. Przymus powtarzania jest podwójnie okrutny – nie dość, że dostałeś w głowę, bo miałeś, na przykład, tak zwane trudne dzieciństwo, to jeszcze zamiast rekompensować to sobie nadprzeciętną ilością szczęścia w dorosłości, będziesz szukać powtórzenia tego schematu.

– była opuszczana, teraz panicznie się tego boi, zrobi wszystko, aby związek trwał. Nic nie jest zbyt trudne, czasochłonne czy za drogie, jeśli ma wesprzeć ukochanego,

– przywykła do braku wzajemności, więc będzie czekać, żywić nadzieję i próbować na nowo. Jej poczucie wdzięczności jest nadmierne.

– nie zaznała w dzieciństwie poczucia bezpieczeństwa i wciąż go szuka na zewnątrz,

– samą siebie ocenia nisko, w głębi duszy nie wierzy by zasługiwała tak po prostu na miłość. Sądzi, że musi na to zapracować. Mając zbyt niską samoocenę i rozpływając się we wdzięczności dla innych wystawia się na niebezpieczeństwo.

– przypuszczalnie ma predyspozycje do wpadania w depresję, czy też stylu bycia depresyjnego,

– ciągnie ją do „trudnych” osób. Przez swoje wczesne doświadczenia umie poruszać się w „trudnym” towarzystwie.

Te objawy powyżej są przykładowe. Nie jest to zamknięta litania i nie musi pojawiać się w całości. Mieszanka powodów, dla których kobieta znika jest momentami przerażająca. Nie musi być też tak dramatycznie, by wewnętrzne deficyty ciągnęły nas w stronę nieprzystępnych emocjonalnie osób.

Jak kobiety znikające, kochające za bardzo znajdują mężczyzn, z którymi mogą powtarzać bolesne wzorce wyniesione z dzieciństwa? Jak osoba, która stale musiała opiekować się rodzicem ląduje z kimś kim ma się zajmować?

 

Mawia się, że zwykle wybieramy partnera na wzór któregoś z rodziców. Takiego, który wpisuje się w schemat, zależnie od konstelacji. Niezupełnie tak. Wybieramy nie tyle kogoś jak matka czy ojciec, ale kogoś przy kim możemy przeżywać podobne emocje. Stajemy wtedy przed tymi samymi zadaniami co w dzieciństwie. Czujemy się „na miejscu”, gdy możemy przeżywać po staremu ( i tym samym czujemy się  „nie na miejscu” kiedy nie jest po staremu, wtedy trzeba z tego uciec, zniszczyć itp.). Jeżeli to mężczyzna  umożliwi kobiecie rozliczanie się z dziecięcym poczuciem bycia niechcianą czy niekochaną, kobieta powtórzy tę tragedię odrzucenia jeszcze raz.

Do tańca potrzeba dwojga

Do relacji potrzeba dwojga. To nie tylko znikająca kobieta ją tworzy, kochając za bardzo. Ktoś chce, aby kochać go bardzo i przyciąga tę kobietę niczym magnes. Nie chciałabym, aby po lekturze tekstów o kobietach kochających za bardzo panowało przeświadczenie, że to kobieta wyrusza w tłum ze „skanerem” i wyławia te trudne przypadki z tłumu, byle się tylko umęczyć.

No tak, też nie jest. W relacji jest dwoje ludzi. Ona nie zmusza do relacji nikogo, wręcz przeciwnie, ona nie wierzy, że istnieje naprawdę i zasługuje na dobro. To kto ją przyciąga? Jaki to mężczyzna? Historie jak to w życiu mogą być różne, ale powraca motyw silnej kobiety, która poniekąd niesie obietnicę wynagrodzenia wszelkich braków, jakie mężczyzna dostrzega w sobie bądź we własnym życiu. On szuka miłości jakiej być może nigdy nie dostał, bezwarunkowej, kogoś kto nim się zajmie, kogoś dla kogo będzie ważny i kto z nim będzie się liczył, opiekował nim, był czuły, kochający, wyrozumiały, pozwoli być sobą. Mężczyzna taki może szukać kobiety, przy której ujawni te wyparte elementy siebie, których wcześniej nie mógł ukazać.

Obie strony wysyłają sygnały. O takie pary na przykład:

Ona czuje potrzebę bycia potrzebną, a mężczyzna szuka opiekunki. Kobieta przejawia skłonność do poświęcania się, a on jest nadzwyczaj egoistyczny. Ona jest ofiarą, a on rządzi, albo stosuje przemoc i agresję. Ona chce rządzić, a on ma dwie lewe ręce.

Relacja z samą sobą

To do czego ja zmierzam w opisywaniu i rozumieniu takich sytuacji, to wcale nie nazywanie tego kochaniem za bardzo przez kobiety. Ile bardziej tym, że kobieta nie kocha siebie wystarczająco. Jej relacja z samą sobą jest zaburzona.  Ona siebie nie widzi, nie czuje adekwatnie. Do tego nie ma prawidłowego wzorca, nie ma dobrego przykładu. Nie umie dobrze wybierać, bo nie miała jak się tego nauczyć. Albo jednorazowo ma zaciemnienie. W chwili kryzysu pozwoliła się omamić.

„Jeżeli kiedykolwiek dałaś się opętać mężczyźnie, musiałaś chyba czasem mieć wrażenie, że źródłem wszystkiego nie była miłość, lecz strach. Kto kocha obsesyjnie, wciąż się boi — boi się samotności, boi się bycia niekochanym i niedocenianym, boi się zlekceważenia, opuszczenia, a nawet zagłady. Darzymy miłością w desperackiej nadziei, że mężczyzna uśmierzy nasze lęki. Niestety, lęki — a wraz z nimi obsesje — pogłębiają się, aż w końcu darzenie miłością po to, by ją otrzymać, przeistacza się w główną siłę napędową naszego życia. A skoro strategia nie przynosi efektów, próbujemy jeszcze raz, kochamy jeszcze mocniej. I tak zaczynamy kochać za bardzo”. R. Norwood, Kobiety, które kochają za bardzo.

Kobieta wychowana w zdrowym otoczeniu, nie jest oswojona z walką i cierpieniem. Nie umie się w tym odnaleźć. Jeśli spotka mężczyznę, który stanowi dla niej źródło niepokoju, rozczarowania, gniewu, zazdrości czy jakiegokolwiek dyskomfortu psychicznego zejdzie mu z drogi. Ona szuka kogoś, kto chce stworzyć klimat zrozumienia, współdziałania, wzajemnej dbałości, ponieważ w takim klimacie czuje się dobrze.

Nawet jeśli tego kobieta nie zaznała w dzieciństwie, nie znaczy że wszystko stracone. Trzeba zacząć od siebie. Od relacji z samą sobą. Od poznania siebie całej, z wszystkimi elementami, tymi nie ujawnionymi, głodnymi, zrozpaczonymi.  To pozwoli na rozpoczęcie tworzenia własnej równowagi, stanie mocno na swoich nogach, na nieposzukiwanie desperackie pokarmu na zewnątrz.

Kto to taki – ja sama?

Mówi się, że spotkanie z samym sobą jest najważniejszym spotkaniem w życiu. A kto to taki – ja sama?

Może pomyśl Kobieto tak: Trudno było tej dziewczynce przetrwać bez miłości. Tak, ale przetrwała. Ty przetrwałaś. Masz w sobie tę siłę, aby więcej nie żebrać okruchów. Istniejesz tak jak inni i normy wobec ciebie nie mogą być zawieszone. Obowiązują wobec ciebie te same zasady, co wobec innych. Nie jesteś gorsza, i nie można ciebie traktować gorzej, inaczej. Tobie należy się taka sama ochrona przed złym traktowaniem, jak innym. Byłaś „niewidzialna” kiedyś dla ważnych osób, ale to nie oznacza, że tak ma być zawsze.

Ja jestem zwolenniczką tego, aby w takich sytuacjach nie skupiać się na tym jak kochać kogoś mniej, tylko na tym jak kochać siebie bardziej. Im Ciebie Kobieto będzie więcej, im lepiej będziesz rozpoznawała swoje potrzeby, im lepiej będziesz rozumiała co się z tobą dzieje i im lepiej będziesz umiała sobie z tym radzić, tym pewniejsze jest, że nie będziesz kochać za bardzo tak, że ty znikniesz, będziesz niewidzialna dla mężczyzny i widzialna tylko wtedy kiedy będzie mu to na rękę. A nawet jeśli on zniknie, to Ty będziesz, bo Jesteś i nie rozpadniesz się.

Zacznij od siebie, od relacji ze sobą, od odkrywania wypartych części siebie, od poznawania siebie. Jeśli potrzebujesz pomocy idź po nią. Zrób co możesz dla siebie. Tą prawdziwą sobą bądź.

P.S. Mimo, że sam tytuł książki, którą przytaczam kieruje nas w stronę kobiet, to temat „kochania za bardzo” nie dotyczy wyłącznie kobiet. W nałóg jak to nazywa autorka chorej miłości wpadają także niektórzy mężczyźni. Przy czym mężczyźni okaleczeni emocjonalnie w dzieciństwie ratują się zwykle inaczej niż kobiety, poprzez pogoń za czymś raczej bezosobowym i zewnętrznym. Obsesyjnie zajmują się pracą, sportem czy jakimś hobby. Akurat w tym wpisie skupiłam się na tym temacie od strony kobiet.

***

A to jeden z moich ulubionych utworów Yasmin Levy. Tym razem w duecie z Yiannisem Kotsiras. Rusza do trzewi. Przynajmniej mnie 🙂

p.s. 2. W pierwszej wersji wpisu powstrzymałam się i zamieściłam inny utwór. Wróciłam jednak do tego.